wtorek, 31 grudnia 2013

Podsumowanie roku 2013 w książkach i na blogu

Wiecie, co dziś za dzień? Głupie pytanie - Sylwester! To czas wielkich podsumowań i to właśnie z nim dzisiaj do Was przyszłam. Ale najpierw powiem co nieco o nowym wyglądzie bloga (który pojawił się nieco wcześniej niż planowałam, bo już wczoraj) - jak Wam się podoba? Nagłówek zrobiłam sama, z lewej jest moja osobista półka z książkami, a po prawej - (również moja osobista) słodka zakładka ze sklepu internetowego UGRYŹ - znajdziecie w nim biżuterię, breloczki i zakładki do książek inspirowane tym, co mamy na talerzach, głównie łakociami. Zapraszam do zakupów!

Dzisiejsze podsumowanie będzie podzielone na trzy części dotyczące kolejno: grudnia, całego roku pod względem czytelniczym oraz bloga. Zaczynamy! :)


Podsumowanie grudnia
W tym miesiącu przeczytałam 3 książki, obecnie jestem w trakcie czwartej (Przez burze ognia):
  • Niebo Alexandry Adornetto (recenzja TUTAJ) -> 392 strony
  • Dotyk Gwen Frost Jennifer Estep (moja opinia TUTAJ) -> 312 stron
  • Morderstwo w Boże Narodzenie Agaty Christie (recenzja już na początku stycznia) -> 232 strony
To wszystko daje 936 stron, czyli 30 stron dziennie - niestety wynik gorszy niż w listopadzie, z czego jestem niezadowolona, biorąc pod uwagę, że przecież mamy ferie świąteczne,ale nie jest tragicznie.



Powyżej moje grudniowe nabytki (co za zaskoczenie :P). Pierwsze dwa to prezenty świąteczne, a reszty miało w ogóle nie być, ale zobaczyłam, że Fabryka.pl urządziła wyprzedaż i nie mogłam się oprzeć :) Od góry:

  • Morderstwo w Boże Narodzenie Agata Christie
  • O krok za daleko Abbi Glines
  • Wakacje z piekła Cassandra Clare, Claudia Gray, Mauren Johnson, Libba Bray, Sarah Mlynkowski
  • Zawładnięci Elana Johnson
  • Przysięga Kimberly Derting

Podsumowanie roku 2013
W ciągu ostatnich 12 miesięcy udało mi się przeczytać 32 książki - wynik gorszy niż w zeszłym roku, ale to dlatego, że na wakacjach nie miałam takiej weny na czytanie jak w lecie 2012 - wtedy przeczytałam 24 książki (!)  przez dwa miesiące. Przez cały rok przewróciłam w sumie 10210 stron, czyli około 28 dziennie.
Spośród tych 32 książek na wyróżnienie zasłużyło 6 pozycji - 3 najlepsze oraz 3 najgorsze

Najlepsze książki roku 2013

 

  • Zabójcze Sary Shepard - szósty tom Pretty Little Liars; tajemnice kumulują się, a zakończenie po prostu wciska w fotel, po lekturze masz w głowie jeden wielki znak zapytania
  • Czerwień rubinu Kerstin Gier - I część Trylogii Czasu; miłość, podróże w czasie, barwne postaci, zabawne dialogi - czego chcieć więcej?
  • Crescendo Becci Fizpatrick - II tom serii o Norze i jej anielskim chłopaku Patchu; w ogóle bardzo lubię ten cykl, ale ta część okazała się najlepsza ze wszystkich czterech - niesamowicie trzymała w napięciu


Najgorsze książki roku 2013


  • KochAna Marty Motyl - książki dot. zaburzeń odżywiania zazwyczaj pochłaniam w zastraszającym tempie, ale tym razem było inaczej: mam wrażenie, że autorka mocno wszystko przekombinowała, przez co niektóre rzeczy było bardzo trudno zrozumieć
  • Winter Asii Greenhorn - miałam wielkie oczekiwania w stosunku do tej powieści, okładka mnie urzekła, a i opis brzmiał intrygująco, ale niestety to tylko kolejna niewnosząca nic nowego historyjka o wampirach
  • Jak to się zaczęło. Plotkara. Początek  Cecily von Ziegesar - sądziłam, że skoro serial podoba się prawie wszystkim moim znajomym, to i ja ulegnę manii Plotkary, jednak postanowiłam zacząć od książek - po lekturze I części chyba w ogóle nie obejrzę serialu
Podsumowanie bloga -> grudzień
Spokojnie, już kończę moje wynurzenia :) Teraz będzie szybciutko:
  • Obserwatorzy -> 73 (było 49)
  • Wyświetlenia -> 2246 (było 1065)
  • Opublikowane komentarze -> 693 (było 332)
Na koniec chciałabym życzyć Wam wszystkiego co najlepsze w Nowym Roku 2014! Wytrzymajcie ze mną jeszcze :)


P.S.: Z ankiety, którą przeprowadziłam (zapraszam do udziału w nowej), wynika, że w przyszłym miesiącu na blogu pojawią się recenzje książek Czas żniw oraz Przędza. Może uda mi się przeczytać coś jeszcze, ale nie obiecuję ;)

sobota, 28 grudnia 2013

30 Day Book Challenge - dzień trzeci

No i jak tam, nie przejedliście się za bardzo w te Święta? Ja postanowiłam nieco się ograniczać, żeby nie przeżyć szoku, gdy w końcu stanę na wadze :) Mam dla Was małą informację: w Sylwestra, przy okazji podsumowania roku i bloga, wygląd Mola książkowego... zmieni się diametralnie, więc bądźcie przygotowani :) (EDIT: zmienił się już 30.12-> taka jestem niecierpliwa.)


A teraz przechodzę do rzeczy - dzisiaj przedstawię Wam dzień trzeci 30 Day Book Challenge, którego tematem jest Twoja ulubiona seria. Myślę, że tą notką chyba nikogo nie zaskoczę, ale, jakby jeszcze ktoś nie wiedział, to powiem wszech i wobec, że moją ulubioną książkową serią są Pretty Little Liars autorstwa Sary Shepard! 


W telegraficznym skrócie: główne bohaterki to pięć popularnych dziewczyn - Alison DiLaurentis, Aria Montgomery, Spencer Hastings, Hanna Marin i Emily Fields. Przywódczynią tej grupki jest Ali - najbardziej bezwzględna, uwielbiająca znęcać się nad słabszymi, a równocześnie istna kopalnia sekretów - i to zarówno swoich, jak i przyjaciółek, co później wykorzystuje, bawiąc się kosztem dziewczyn. I tak jest aż do pewnego słonecznego dnia, końca roku szkolnego, kiedy to podczas imprezy u Spencer Alison ginie bez śladu, a drogi pozostałych dziewcząt rozchodzą się. Jednak kilkanaście miesięcy później dawne przyjaciółki znowu muszą zjednoczyć siły - Emily, Aria, Spencer i Hanna zaczynają dostawać wiadomości od tajemniczej osoby podpisującej się jako A., które zawierają informacje, o których mogła wiedzieć tylko Alison. Nastolatki początkowo są niemal pewne, że to właśnie jej sprawka, jednak wkrótce wychodzi na jaw, że młoda DiLaurentis nie żyje, a dziewczyny muszą dowiedzieć się, kto je prześladuje, i to jak najszybciej - A. grozi ujawnieniem wszystkim najgłębiej skrywanych sekretów Kłamczuch.


Za co kocham Pretty Little Liars? Chyba najbardziej za to, że są kompletnie nieprzewidywalne - Pani Shepard opanowała sztukę wodzenia czytelnika za nos do perfekcji: gdy wydaje Ci się już, że znasz tożsamość A., pojawiają się fakty, które pokazują, jak bardzo się myliłeś, co tylko podsyca Twoją ciekawość i wręcz zmusza do przewracania kolejnych stron. Nie bez znaczenia jest też fakt, że uwielbiam kryminały osadzone w świecie wyższych sfer - zamożne miasteczko Rosewood, luksusowe domy, ubrania światowych marek, wakacje na Jamajce... Któż z nas choć przez chwilę nie marzył, żeby tak żyć? 

Bardzo podoba mi się również styl pisania Sary Shephard - prosty język bez skomplikowanej składni, niewymagający od czytelnika nieustannego sięgania po słownik, co sprawia, że czytając PLL, naprawdę mogę zapomnieć o całym świecie i chłonąć całą sobą atmosferę Rosewood. W dodatku to naprawdę jedna z niewielu serii, które trzymają poziom przez wszystkie tomy, więc podczas lektury nie odczuwa się rozczarowania i irytacji.

Oczywiście, jak każda powieść, każdy z dwunastu tomów Pretty Little Liars ma swoje wady - niektóre wydarzenia mogą wydawać się nieco naciągane, a i bohaterki często nie grzeszą rozsądkiem - zdarza się, że są naiwne i nie myślą, co robią, ale to nie przeszkadza tak bardzo, czasem tylko wywoła na twarzy czytelnika ironiczny uśmieszek.

Chyba nie muszę już mówić, że polecam PLL absolutnie każdemu - w tej serii każdy odnajdzie coś dla siebie i wciągnie się w historię czterech Kłamczuch, mogę to zagwarantować :) 

środa, 25 grudnia 2013

Cyganka wśród wojowników - "Dotyk Gwen Frost" Jennifer Estep

Pamiętacie, jak kilka razy pisałam w komentarzach na Waszych blogach, że nie przepadam za tematyką mitologiczną w książkach? W końcu postanowiłam się przełamać i sięgnąć po jakąś powieść utrzymaną w tych klimatach. Starałam się trafić jak najlepiej, więc szukałam czegoś, co zbierałoby wysokie noty u większości blogerów. Tak właśnie trafiłam na Dotyk Gwen Frost.    

Bohaterką, a zarazem narratorką książki jest tytułowa Gwen - dziewczyna posiadająca niezwykły dar: dotykając jakiegoś przedmiotu, momentalnie wie o nim wszystko - jakie ma przeznaczenie, przez kogo był używany, jakie emocje towarzyszyły temu komuś... Kiedyś dziewczyna wykorzystywała swoją nietypową umiejętność, aby dorobić sobie parę groszy - tu znajdzie jakąś bransoletkę, tam portfel... Jedna osoba powiedziała o niej drugiej i biznes się kręcił. Jednak wszystko zmieniło się przez zwykłą szczotkę do włosów - pośrednio przez nią matka Gwen ginie w wypadku samochodowym z winy pijanego kierowcy, a młoda Frost kilka miesięcy po tym zdarzeniu trafia do Akademii Mitu - szkoły, w której uczą się Spartanie, Amazonki, Walkirie i... ani jedna Cyganka. Wszyscy są tam w jednym celu - szkolą się, aby w przyszłości móc stawić czoła złemu bogowi, Lokiemu. Gwen kompletnie tu nie pasuje - nie dość, że w ogóle nie wierzy w te mitologiczne bzdury, to jeszcze nie jest bogata, nie chodzi w ciuchach od Gucciego (woli powyciągane bluzy z kapturem), a jej największą pasją są komiksy. Nie dziwne więc, że nie ma żadnych przyjaciół. Jednak sytuacja zaczyna się zmieniać, gdy zostaje zamordowana szkolna gwiazda, Jasmine - to Gwen znajduje jej ciało w bibliotece. Wydaje się, że nikt  nie przejął się śmiercią popularnej koleżanki - nikt oprócz Cyganki, której intuicja podpowiada, że to wcale nie był wypadek. Usiłując rozwikłać zagadkę, Gwen zyskuje przyjaciółkę i zainteresowanie pewnego Spartanina...

Brzmi prawie jak kryminał, prawda? I to chyba największy plus tej powieści - wątek kryminalny przeważa nad mitologicznym/fantastycznym. Teoretycznie chyba nie powinno się tak zdarzyć, ale mnie to akurat odpowiadało. Co jeszcze mi się spodobało? Zdecydowanie opisy - wszystko pokazane dokładnie, dzięki czemu moja wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach - czułam się, jakbym sama była uczennicą Akademii Mitu - pod tym względem Jennifer Estep dorównuje J.K. Rowling. 

Przejdźmy do minusów: na pewno do gustu nie przypadła mi postać Gwen. Pomińmy już fakt, że właściwie nie wiemy o niej prawie nic - tylko kilka rzeczy: to, że jej matka zginęła w wypadku, że ma niezwykły dar i kocha komiksy, że dotknęła szczotki do włosów Paige... W dodatku główna bohaterka niby chce mieć przyjaciół, ale z drugiej strony wyraża się niezbyt pochlebnie (delikatnie mówiąc) o uczniach Akademii Mitu, więc niby jak miała ich do siebie przekonać, skoro w gruncie rzeczy sama tego nie chciała? Ale, na szczęście, pod koniec książki w Gwen zachodzi widoczna zmiana na lepsze.

Okładka jest piękna, ale mam nieodparte wrażenie, że nie pasuje do książki - bo ona chyba przedstawia Gwen, prawda? Jeśli tak, to mam wrażenie, że grafik w ogóle nie zna nawet zarysu fabuły powieści Estep... Chyba. że na okładce jest Jasmine (raczej mało prawdopodobne), to wtedy zupełnie inna sprawa.

Podsumowując - po lekturze Dotyku Gwen Frost dochodzę do wniosku, że chyba jednak nadal nie jestem przekonana do mitologii w książkach. Chyba nie do końca rozumiem też zachwyty nad tą powieścią, ale każdy ma swój gust, mi po prostu Dotyk nie do końca przypasował - postać Gwen przez większość czasu irytowała, a wątek mitologiczny nie potoczył się do końca tak, jakbym chciała.

Ocena: 6/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:

wtorek, 24 grudnia 2013

Czego można życzyć molowi książkowemu?

Ach, dziś Wigilia :) Najpiękniejszy, najbardziej magiczny dzień w roku... I czas składania życzeń :) Miałam z tej okazji wymyślić jakiś wierszyk, jednak nie do końca mi to wyszło i po prostu wymienię od pauz, czego Wam - zarówno Obserwatorom, jak i wszystkim tym, którzy przyczynili się do 1900 wyświetleń mojego bloga - życzę.

Dla tych, którzy jeszcze nie przekonali się do czytania:
Życzę Wam, żebyście w 2014 roku odkryli, jakim cudownym nałogiem jest czytanie, bo jest to hobby absolutnie dla każdego - spośród tylu pozycji na rynku każdy znajdzie coś dla siebie, czasem trzeba tylko dłużej poszukać.

Dla tych, którzy połykają książki nałogowo:

Drogie Mole, w pełni się z Wami utożsamiam, więc życzę Wam tego, czego sama bym chciała:

- więcej pieniędzy, żebyśmy mogli kupić te wszystkie pozycje, których pragniemy,
- czasu, żeby móc je przeczytać,
- żeby księgarnie częściej rozpieszczały nas obniżkami i wyprzedażami,
- żeby było więcej książkowych premier,
- żeby wychodziły kolejne tomy serii (PLL na przykład) i żeby były jeszcze lepsze niż ich poprzedniczki,
- żeby w magiczny sposób przybyło nam miejsca na półkach,
- żeby biblioteki, które odwiedzamy, były lepiej wyposażone,
- pięknych okładek (chociaż to nie one są najważniejsze),
- żebyśmy mieli okazję obejrzeć ekranizacje naszych ulubionych powieści (jeśli jeszcze tego nie zrobiliśmy)
- a jeśli już jesteśmy przy oglądaniu, to więcej odcinków seriali opartych na książkach (i częściej!)
- żeby w magiczny sposób przybyło nam miejsca na półkach,
- Targów Książki w każdym mieście,
- a przede wszystkim weny na czytanie.

A obu tym grupom życzę jeszcze duuużo szczęścia, zdrowia, radości, miłości, świetnych prezentów, przedniej zabawy w Sylwestra i żeby 2014 był o niebo lepszy niż mijający 2013!


No i załączam świąteczną nutkę :)

niedziela, 22 grudnia 2013

Książkowy Zodiak - Koziorożec

Na początek mała informacja - zdecydowałam się założyć Fanpage bloga - zapraszam do polubienia :)

Dzisiaj przychodzę do Was z drugą odsłoną mojego autorskiego cyklu - Książkowego Zodiaku. W kalendarzu mamy 22. grudnia, więc nadszedł czas na Koziorożca. Szczerze mówiąc, z tym Znakiem miałam większy problem niż z poprzednim, Skorpionem, jednak jakoś wybrnęłam :)

Koziorożec przejawia bardzo duże predyspozycje do zostania duchownym, artystą, uczonym... To realista, który wytrwale dąży do wyznaczonego sobie celu. Koziorożce cechują się też wrażliwością i trudnością w wyrażaniu swoich emocji, stąd też często są postrzegane jako osoby chłodne. Nierzadko melancholicy, skryci, podchodzący z szacunkiem do przeszłości, poważni. Osoby spod tego znaku mogą być też duszą towarzystwa, do wszystkiego dochodzą ciężką pracą, są sumienne i dokładne. Mają skłonności do popadania w apatię i smutek. Co więcej, Koziorożce są najbardziej konserwatywne i najlepiej zorganizowane ze wszystkich znaków Zodiaku. Często występują w obronie słabszych.

Teraz czas na moje typy -> zacznijmy od kobiet:

1. Spencer Hastings z Pretty Little Liars Sary Shepard
Najpilniejsza uczennica w Rosewood High - Einstein w spódnicy. Rodzina od dzieciństwa  pielęgnuje w niej chorobliwą ambicję - Spencer chce być najlepsza dosłownie we wszystkim - nieważne, czy chodzi o rolę w szkolnej sztuce, czy też o to, kto zostanie przewodniczącą szkoły. Od lat rywalizuje o wszystko ze swoją starszą siostrą Melissą, co nie wpływa zbyt dobrze na jej psychikę.
Dlaczego Spencer miałaby być Koziorożcem?
Niewątpliwie Spence to realistka - nie traci czasu na gdybanie i od razu przystępuje do działania. Do wszystkiego (z reguły) dochodzi ciężką pracą - no, może pomijając Złotą Orchideę. Perfekcjonistka przez duże P, która tłumi w sobie emocje.

2. Hermiona Granger z serii Harry Potter J.K. Rowling
Najbliższa przyjaciółka Harry'ego i Rona, pochodzi z mugolskiej rodziny. Właściwie bardzo wiele cech Hermiony pokrywa się z charakterem Spencer, ale obie dziewczyny (oprócz magicznych zdolności) odróżnia rodzina. O ile Hastingsowie ciągle wymagają od najmłodszej latorośli więcej i więcej oraz nie doceniają jej, o tyle Granger od zawsze znajdowała w rodzicach oparcie. Może to właśnie dlatego Hermiona nie stara się udowodnić wszystkim, że jest najlepsza, tylko rozwija się sama dla siebie.
Dlaczego sądzę, że Hermiona to Koziorożec?
Podobnie jak Spencer, Hermionę cechuje ambicja i ponadprzeciętna pracowitość. Czarownica jest skryta, często podchodzi do wielu rzeczy za poważnie. Wrażliwa realistka, która wytrwale dąży do celu i ma szacunek do przeszłości.

3. Katniss Everdeen z Igrzysk śmierci Suzanne Collins
Starałam się nie uwzględniać postaci z powieści, które wykorzystałam przy Skorpionie, ale gdy rzuciłam okiem na charakterystykę Koziorożca, od razu przyszła mi do głowy główna bohaterka Igrzysk Śmierci - Katniss Everdeen. Dziewczyna igrająca z ogniem, pochodząca z 12. Dystryktu podwójna zwyciężczyni Głodowych Igrzysk, nadzieja Panem na obalenie bezwzględnego Kapitolu.
Dlaczego Katniss to Koziorożec?
Po pierwsze: nie pokazuje po sobie prawie żadnych emocji, wszystko przeżywa w środku, otwiera się tylko przy najbliższych, przez co uważana jest za osobę chłodną,. Nie można odmówić jej tego, że jest dobrze zorganizowana, wytrwale dąży do celu i staje w obronie słabszych.




Pora na mężczyzn - panie i panowie, oto Koziorożce! :

1. Chris Dollanganger Jr. z Kwiatów na poddaszu Virginii C. Andrews
Pragnie zostać lekarzem, namiętnie czyta książki. Najstarszy z czwórki rodzeństwa, jest jak ojciec dla bliźniąt - Cory'ego i Carrie. Chris jest bardzo przywiązany do matki, wybacza jej wszystko bez mrugnięcia okiem. Przeżywa fascynację swoją młodszą siostrą, Cathy.
Dlaczego uważam, że Chris to Koziorożec?
Chłopak jest skryty, rzadko kiedy wyraża otwarcie swoje emocje. Wrażliwy melancholik, z łatwością popada w apatię i smutek.

2. Edward Cullen z cyklu Zmierzch Stephanie Meyer
Broniłam się rękami i nogami przed umieszczeniem go w moim zestawieniu, ponieważ wiem, że wielu z Was Zmierzchu po prostu nie znosi, ale wydaje mi się, że to właśnie typowy Koziorożec. Edwarda nie muszę chyba nikomu przedstawiać - chyba każdy chociaż raz obejrzał któryś z pięciu filmów na podstawie książek Meyer. Cullen jest wampirem, zakochuje się w śmiertelniczce Belli i ma obsesję na punkcie tego, żeby przypadkiem nie zrobić jej krzywdy.
Dlaczego Edward mógłby być Koziorożcem?
Najbardziej widoczna jest chyba u niego obsesja na punkcie obrony słabszych, a raczej słabszej (czytaj: Belli). Zamknięty w sobie melancholik, często odbierany jako ktoś chłodny, niedostępny czy zadzierający nosa. Podchodzi do wszystkiego śmiertelnie poważnie.

3. Gabriel z trylogii Blask Alexandry Adornetto
Archanioł, brat głównej bohaterki - Bethany Church. Obiekt westchnień wielu śmiertelniczek, na które on sam kompletnie nie zwraca uwagi. Zazwyczaj zajmuje się wyciąganiem swej krnąbrnej siostry z kłopotów, ale  nie zaniedbuje też swoich anielskich obowiązków - obrony ludzi przed demonami.
Dlaczego Gabriel miałby być Koziorożcem?
Hmmm, aniołowie chyba nie mają znaków Zodiaku, ale przymknijmy na to oko :) Co można powiedzieć o Gabrielu? Na pewno chroni słabszych (ale w pozytywnym sensie, bo skupia się na całej ludzkości, a nie tylko na jednej osobie, jak pewien wampir, o którym pisałam wyżej). Archanioł prawie nigdy nie okazuje swoich emocji, odnosi się do wszystkiego z dystansem, jest sumienny i dokładny.

A teraz tradycyjnie - zgadzacie się ze mną czy macie jakieś własne typy odnośnie Koziorożców?

czwartek, 19 grudnia 2013

Kochany Święty Mikołaju... - moje świąteczne marzenia

Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta chciałoby się zaśpiewać, patrząc na kalendarz. Niestety, śniegu ciągle brak (i nie zanosi się na to, żeby nagle go przybyło), a reklama Coca-Coli to już nie to samo, co kilka lat temu - jak tu poczuć świąteczną atmosferę, kiedy na ekranie telewizora nie jedzie świecąca ciężarówka? Jest na to jeden sposób - ułożyć listę prezentów, które chcielibyśmy znaleźć pod choinką. Zrobiłam to już pod koniec listopada, ale dopiero teraz się nią z Wami podzielę. Oczywiście nie znajdują się na niej same książki, ale to na nich właśnie się skupię.


1. Druga szansa Katarzyny Bereniki Miszczuk
Dlaczego właśnie tę powieść chcę dostać najbardziej? Po pierwsze - przeczytałam, a raczej powinnam powiedzieć - pochłonęłam - wszystkie trzy tomy przygód Wiktorii Biankowskiej - diablicy, niedoszłej anielicy i Potępionej. Naprawdę jestem bardzo ciekawa, czy Miszczuk sprawdzi się nie tylko w lekturze lekkiej, łatwej i przyjemnej, ale też w nieco mroczniejszych klimatach...

2. Beta Rachel Cohn
Ta pozycja wzbudzała moją ciekawość od samego początku - okładką (piękna kolorystyka!) i nietypowym opisem. A moją chęć przeczytania podsyciło jeszcze to, że Beta wzbudza skrajne emocje - powieść jest  opisywana zarówno w samych superlatywach, jak i nierzadko określana przymiotnikami typu: banalna czy schematyczna. Ale ja już tak mam, że o wszystkim muszę przekonać się na własnej skórze, więc chętnie zobaczę ten tytuł na mojej półce.

3. O krok za daleko Abbi Glines
Brak mi słów, żeby określić to, jak bardzo chciałabym w końcu przeczytać tę książkę... Wprawdzie nawet nie pamiętam dokładanie momentu, w którym stwierdziłam Po prostu muszę ją mieć! ale niepokojem czekałam na pierwsze recenzje i szybko odetchnęłam z ulgą - w 9 przypadkach na 10 są bardzo entuzjastyczne, więc nie mogę się doczekać, aż w końcu dane mi będzie przeczytać pierwszy rozdział :)

Na kolejnych miejscach uplasowane są książki, które może nie są moim prawdziwym must have, ale i tak sprawiłyby mi ogromną radość.


4. Miasto Kości Cassandry Clare
No dobra, przyznaję się - mam Miasto Kości na czytniku już od roku, ale jakoś do tej pory nie udało mi się za nie zabrać... Może nie dlatego, że nie chciałam, ale przecież kiedy na półce czeka 15 innych książek w wersji papierowej, to po prostu nie można ich zignorować i trzeba czytać - i tak czytałam, a nowych pozycji nadal przybywało... Błędne koło. Jednak jeśli tylko 24. grudnia po zerwaniu ozdobnego papieru moim oczom ukaże się ta zielonkawa okładka, to na pewno będę miała za sobą ostatni rozdział jeszcze przed Sylwestrem.

5. Morderstwo w Boże Narodzenie Agaty Christie
Kto powiedział, że w Święta moje szare komórki nie mogą się trochę wysilić? Od dawna chcę przeczytać jakikolwiek kryminał Christie, a Morderstwo w Boże Narodzenie wydaje się wręcz idealne na przerwę świąteczną - nawet tytuł pasuje jak ulał, o fabule nie wspominając :) I koniecznie chciałabym dostać wydanie w powyższej okładce - idealnie komponowałoby się  z pozostałymi książkami na mojej półce.

6. Saga Księżycowa. Cinder Marissy Meyer
Na początku kompletnie nie byłam do tej książki przekonana - opis w ogóle nie zachęcił mnie do lektury, więc, mimo pięknej okładki, powiedziałam sobie, że to stanowczo książka nie dla mnie - Pekin? Cyborgi? Przecież w życiu to  mi się nie spodoba! - myślałam. Jednak i tutaj blogosfera pokazała swą ogromną moc, bo to właśnie Wasze recenzje sprawiły, że nabrałam na tę książkę ochoty i bardzo chciałabym ją przeczytać.

A Wy? Jakie są Wasze wymarzone prezenty?

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Jak może skończyć się miłość anioła do człowieka? - "Niebo" Alexandry Adornetto

Jako że w ostatnich dniach odczuwałam przemożną potrzebę skończenia zaczętych w przeszłości serii, przeszukałam swoją biblioteczkę, stwierdzając przy okazji, że brak mi już miejsca na półkach - dosłownie! Znalazłam pozycję, która, wydawałoby się, idealnie zaspokoiłaby ten mój apetyt - Niebo autorstwa dwudziestokilkuletniej Alexandry Adornetto, ostatni tom trylogii Blask. Mogę śmiało powiedzieć, że zapamiętam tę powieść na długo, ale o tym w następnych akapitach.

Niebo to zakończenie historii nastoletniej anielicy Bethany i jej ziemskiego ukochanego Xaviera. Ich związek można określić dwoma słowami: ledwo tolerowany - Królestwo Niebieskie nigdy nie kibicowało tej dwójce, jednak widząc, jak wielka jest miłość anioła do człowieka, postanawia nie interweniować w tej sprawie, ponieważ sądzi, że sprawa sama się rozwiąże, gdy tylko Bethany wróci do domu. I tu pojawia się problem: aniołowie i główna bohaterka mają nieco inne definicje tego pojęcia - dla tych pierwszych jest to Królestwo Niebieskie, a dla Beth - Venus Cove, gdyż czuje się już stuprocentowym człowiekiem. Zrozumiałe więc, że anielica nie chce opuszczać Xaviera. W końcu oboje podejmują brzemienną w skutkach decyzję: biorą ze sobą ślub. I  już wiadomo, że od tej pory nic nie będzie dobrze.
Od teraz życie Xaviera i Bethany można opisać jednym słowem: ucieczka. Para musi ukrywać się przed Siódmymi: anielskim wojskiem, które ma za zadanie strzec równowagi we wszechświecie, czyli w tym przypadku - schwytać anioła, który złamał Boskie Prawo. Zarówno dla Beth, jak i dla Xaviera, opuszczenie Venus Cove nie jest łatwą decyzją - chłopak musi zerwać wszelkie kontakty z rodziną, z którą jest bardzo mocno związany. Jednak pragnienie bycia z Bethany wygrywa i, przy pomocy Ivy i Gabriela, małżeństwo najpierw ukrywa się w domku w lesie, a następnie... idzie na uniwersytet, co jest ucieleśnieniem marzeń Xaviera i równocześnie daje większą szansę na ucieczkę przed Siódmymi. Jednak to nie koniec problemów...

Jak już pisałam, zapamiętam tę książkę na długo - nie rzecz w tym, że tak bardzo mi się spodobała. Nie chodzi też o to, że najchętniej wyrzuciłabym ją przez okno. Więc w czym problem? Przeczytałam 380 stron, zajęło mi to prawie tydzień, a książka nie wywołała we mnie żadnych emocji. Nie mogę nawet jednoznacznie powiedzieć, czy Niebo podobało mi się czy nie - przeczytałam ostatni rozdział, odłożyłam na półkę i... nic. Żadnych emocji, żadnej refleksji - chociaż tej ostatniej nie powinnam się nawet spodziewać, w końcu to zwykła młodzieżówka. Jednak to absolutnie pierwszy taki przypadek - do tej pory zawsze potrafiłam stanąć po którejś stronie barykady, zawsze przeżywałam losy bohaterów razem z nimi... Aż do teraz.

Główną zaletą Nieba są niewątpliwie nowi bohaterowie - poznajemy w końcu Zacha, o którym do tej pory wiedzieliśmy jedynie, że jest uwielbiany w Królestwie Niebieskim przez wszystkie duszyczki dzieci, które zmarły przedwcześnie. Spotykamy też Emily - poprzednią dziewczynę Xaviera, która zginęła w pożarze wznieconym przez demona. Pojawia się też postać Rafaela - najbarwniejsza z całej trylogii.

Jeżeli chodzi o wady, również jestem w stanie wychwycić tylko jedną - chociaż niedawno w odpowiedzi na któryś z Waszych komentarzy zaprzeczyłam twierdzeniu, jakoby miłość Xaviera i Bethany była cukierkowa, teraz jestem skłonna się z tym zgodzić - Beth ciągle powtarza, jak to ona Xaviera kocha, a sam Xav momentami w ogóle nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji i mówi tylko, że on na pewno obroni ukochaną przed Siódmymi... To wydawało się nieco sztuczne.

Podsumowując: mimo pięknej okładki Niebo jest lekturą, którą będę wspominała... nijako. W porównaniu do poprzednich części trylogii ten tom wypada nieporównywalnie słabiej, więc powieść tą mogę polecić jedynie tym, którzy mają już za sobą Blask oraz Hades i chcą dowiedzieć się, jaki jest finał tej historii.

Ocena: 5/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:

piątek, 13 grudnia 2013

High Five! #2 - Ulubione książkowe pary

               
HIGH FIVE! to nowa akcja, w związku z którą na blogu pojawiać się będą rankingi ulubionych, najlepszych, najbardziej interesujących, bądź najgorszych książek, filmów, gier, postaci, itp...

Dzięki temu zarówno czytelnicy mogą poznać bliżej blogerów, jak i blogerzy czytelników, jeśli ci będą chętni na podzielenie się swoimi przemyśleniami i opiniami (pomysłodawcy -> tym razem bez błędu :P)



Przeglądając listę dostępnych tematów z zadowoleniem stwierdziłam, że tym razem nie miałam problemu z wyborem motywu, który najbardziej by mi odpowiadał - mój wybór padł na Ulubione książkowe pary - od dawna chciałam się podzielić z Wami swoimi typami i jestem bardzo ciekawa, czy się z nimi zgodzicie.


1. Aria & Ezra z Pretty Little Liars Sary Shepard

O tak, uwielbiałam ich (szkoda, że w książce się rozstali). Uważam, że ta dwójka była idealnie dobrana - nieco ekscentryczni, uwielbiający literaturę... W dodatku od zawsze pociągał mnie motyw zakazanej miłości, szczególnie na linii uczennica - nauczyciel i sądzę, że Pani Shephard bardzo realistycznie i ciekawie go przedstawiła - bez naciągania i sztuczności. Dodałabym, że Aria i Ezra pod względem aparycji pasują do siebie jak ulał, choć może nie powinnam o tym wspominać, bo opieram się w tym momencie na serialu, ale w książce wyobrażałam ich sobie prawie tak samo.


2. Bethany & Xavier z trylogii Blask Alexandry Adornetto

Właśnie czytam ostatni tom tej serii - Niebo - i nie mogłabym nie uwzględnić tej pary w moim rankingu. W skrócie: Bethany jest aniołem, zostaje zesłana na Ziemię, ponieważ ma misję do wypełnienia, ale spotyka Xaviera - człowieka, w którym zakochuje się niemal od pierwszego wejrzenia, co jest powodem wielu problemów. Myślę, że ta dwójka jest idealną ilustracją przysłowia Przeciwieństwa się przyciągają - Beth jest porywcza, spontaniczna, do wszystkiego podchodzi bardzo emocjonalnie. Za to Xavier to oaza spokoju - rozsądny, trzeźwo myślący. I chociaż ich relacja momentami wydaje się przesłodzona, nie niszczy to przyjemności z czytania.







3. Wiktoria & Beleth z trylogii Ja, diablica Katarzyny Bereniki Miszczuk

Tutaj mamy sytuację odwrotną do opisanej w poprzednim punkcie - Wiktoria Biankowska i diabeł Beleth (pod względem charakteru) są niemal jak dwie krople wody - cięty język, gorący temperament, spontaniczność... - gdyby wszystkie pary takie były, to w żadnym związku nigdy nie wiałoby nudą. Relacje pomiędzy Wiki a Belethem prawie do końca trylogii nie są oczywiste - widać, że ta dwójka ma się ku sobie, jednak czytelnik jest trzymany w niepewności, i nie wie, jak to wszystko się zakończy - to ogromna zaleta. Dla przypomnienia - TUTAJ moja opinia o pierwszym tomie tej świetnej trylogii.







4. Hazel & Gus z Gwiazd naszych wina Johna Greena

To chyba para, która najbardziej wyróżnia się z przedstawionej przeze mnie piątki - myślę, że jest to prawdziwa, piękna miłość, a zarazem... zwykła. Relacje Hazel i Gusa nie są płytkie, mogą rozmawiać ze sobą bez końca i - co najważniejsze - są dla siebie wsparciem w walce z chorobą oraz pomagają sobie cieszyć się życiem. Sądzę też, że ich miłość jest nad wyraz dojrzała - nie opiera się tylko na pociągu fizycznym (powiedziałabym, że prawie w ogóle), ale również na głębokiej więzi emocjonalnej, której mogłyby pozazdrościć im nawet pary pięćdziesięcioletnim stażem.  








5. Reed & Josh z serii Tylko dla wybranych autorstwa Kate Brian

Jestem ciekawa, ilu z Was słyszało w ogóle o tej serii? Jeżeli niewielu, to bardzo się cieszę, że mogę Wam ją zaprezentować i zachęcić do lektury. Jest to historia uczniów elitarnej szkoły z internatem z wątkiem kryminalnym w tle. Josh od urodzenia obraca się w świecie imprez i wielkich pieniędzy. Za to Reed jest stypendystką - zwykłą dziewczyną z małego miasteczka, mającą w dodatku problemy rodzinne - i kompletnie nie pasuje do Easton Academy. Reed i Josh są na pozór parą jakich wiele, a jednak w ich relacji jest coś takiego, co sprawia, że czytelnik kibicuje ich związkowi i z niecierpliwością czeka na kolejne tomy serii o nich.

Na koniec chciałabym zapytać Was o własne typy ulubionych książkowych par i gorąco zachęcić do udziału w ankiecie, którą znajdziecie po prawej stronie!

wtorek, 10 grudnia 2013

Witajcie w Maine - "Pragnienie" Carrie Jones

No to zgodnie z obietnicą, którą złożyłam Wam w tym poście, dzisiaj czas na recenzję "Pragnienia" Carrie Jones. Ta książka trafiła na moją półkę właściwie przez przypadek - krążyłam sobie po Media Markcie i zauważyłam tę piękną okładkę. To było mniej więcej na zasadzie: Oprawa piękna, opis nawet nawet - biorę! Jednak muszę przyznać, że nie żałuję tej decyzji, a wręcz po przeczytaniu ostatniego rozdziału zaopatrzyłam się w kolejne tomy tej serii.

Mamy tutaj ciekawą, choć może i nieco schematyczną historię Zary, która "kolekcjonuje fobie niczym znajomych na Facebooku", jak mówi nam opis. Po śmierci ojczyma dziewczyna zmuszona jest opuścić słoneczne Charleston, ponieważ jej matka nie radzi sobie do końca z obowiązkami rodzicielskimi. W rezultacie nastolatka wyjeżdża do Maine - miasteczka słynącego z mroźnych zim i tego, że właśnie tam rozgrywa się akcja wielu z powieści Stephena Kinga. Od początku nic nie jest takie, jak być powinno - już na lotnisku Zara spotyka mężczyznę, który z nieznanego powodu wzbudza w niej irracjonalny niepokój. Niepokój zaś zaczyna zamieniać się w strach, gdy po raz kolejny widzi nieznajomego, tym razem na skraju lasu niedaleko domu jej babci - główna bohaterka zauważa wtedy, że mężczyzna zostawia po sobie ślady w postaci złotego pyłu...
Jednak nie jest to jej jedyne zmartwienie - w głębi duszy chce szybko zaaklimatyzować się w nowej szkole i znaleźć przyjaciół. Wkrótce zaprzyjaźnia się z rozgadaną Issie, zniewalająco przystojnym Nickiem i jeżdżącym na wózku inwalidzkim Devem. Wszystko wydaje się w porządku, nieprawdaż? Coś jednak zakłóca tę pozorną harmonię - z miasteczka znikają młodzi chłopcy, co wywołuje panikę wśród niewielkiej społeczności Maine. Chyba nikogo nie zaskoczę, jeśli powiem, że ma to związek z wcześniej wspomnianym przeze mnie nieznajomym, którego nadal widuje Zara, ale jaki ma to związek z nią samą i jej rodziną? Tego już nie zdradzę :)

Co najbardziej mnie urzekło? Zdecydowanie niesamowity klimat panujący w tej powieści - trzaskający mróz, biały puch pokrywający wszystko dookoła, ogromne lasy skrywające tajemnice, o jakich nie śniło się człowiekowi... O tak, w Maine mamy zimę z prawdziwego zdarzenia - nie to co u nas, w Polsce: jak tylko coś napada, to zaraz stopnieje albo zamieni się w brudną breję... Czy w ogóle pamiętacie, kiedy ostatni raz widzieliście śnieg, wypatrując Pierwszej Gwiazdki w Wigilię? Ja nie, jednak rozpisałam się nie o tym, co trzeba, więc wracam szybciutko do tematu. Kolejna zaleta Pragnienia? Pokusiłabym się o stwierdzenie, że pomysł z piksami jest czymś nowym, co wprowadza swego rodzaju powiew świeżości do powieści fantastycznych - niebieskie stwory zostawiające po sobie złoty pył - przyznajcie sami, tego jeszcze nie było!

Jednak sam pomysł to nie wszystko - ważne jest też wykonanie. I tutaj pojawia się niemały zgrzyt, ponieważ... cała fabuła wydaje mi się łudząco podobna do "Zmierzchu" (wspominałam o tym w poście High Five, ale teraz postaram się nieco rozwinąć tę myśl). Wygląda to mniej więcej tak: mamy dziewczynę, która z dnia na dzień opuszcza słoneczne miasto, w którym się wychowywała, na rzecz jakiegoś malutkiego miasteczka, w którym niebo jest zachmurzone przez większą część roku. Pojawia się też chłopak (na szczęście Nick jest o wiele lepiej wykreowany niż Cullen), a bohaterka zmuszona jest stawić czoło nadludzkim siłom. Dla mnie to brzmi nieco znajomo...

O okładce się tym razem nie rozpisuję, więc czas na podsumowanie: jeżeli myślicie o przeczytaniu Pragnienia, to jest to najlepszy moment z możliwych, ponieważ powieść jest z gatunku tych, które najlepiej czyta się pod kocem, z kubkiem gorącej czekolady (bądź herbaty, jak kto woli) w rękach, kątem oka zerkając na prószący za oknem śnieg. To tzw. czytadło, nic wybitnego, jednak historia Zary wciąga, więc dla odstresowania można przeczytać.

Ocena: 6/10
Książka bierze udział w wyzwaniu:

*** *** *** *** ***
P.S.: Pewnie uważacie, że jestem strasznie monotonna, bo prawie każdą książkę oceniam pozytywnie, ale cóż, po prostu mam szczęście, bo trafiam na dobre powieści :)

sobota, 7 grudnia 2013

30 Day Book Challenge - dzień 2

Co u Was? Jak Wam minęły mikołajki?

Dzisiaj przychodzę z dalszym ciągiem cyklu 30 Day Book Challenge, a mianowicie - z dniem drugim (dzień pierwszy TUTAJ). Jednak gdy zobaczyłam jego motyw przewodni, stało się oczywiste, że muszę nieco nagiąć reguły tej zabawy. Dlaczego?


Tematem dnia drugiego jest Książka, którą przeczytałaś więcej niż trzy razy. I tutaj pojawia się problem, bo... bardzo rzadko się zdarza, żebym sięgnęła po jakąś książkę dwa razy, nie mówiąc już o trzech.To dlatego, że nie lubię poznawać drugi raz tej samej historii - wtedy nie ma już tej niepewności, ciarek na plecach i mocniej bijącego serca, nie towarzyszą mi żadne emocje... Może jedynie irytacja z powodu tego, że wiem już, co się wydarzy.  Jednak maksymalnie wytężyłam swoją pamięć i uświadomiłam sobie, że jedynymi książkami, które czytałam dwa razy są te z serii o Harry'm Potterze (pierwsze cztery). Przedstawię tutaj tom I z racji tego, że (co za niespodzianka!) podobał mi się najbardziej ze wszystkich.


Swoją przygodę z Potterem i spółką zaczęłam kilka lat temu, więc teoretycznie powinnam wstawić powyżej zdjęcie starej okładki, ale nie mogłam się powstrzymać przed pokazaniem Wam tej, bo o ile poprzednia okładka jest tylko rysunkiem i w dodatku dla mnie niezbyt ładnym, to właśnie nowa oprawa od razu przyciąga mój wzrok w księgarni. Myślę, że właśnie ona w pełni oddaje treść Kamienia Filozoficznego - jest intrygująca i tajemnicza. Ale dość już o okładce, chyba za bardzo odbiegłam od tematu :) Nie będę Wam tutaj opisywać fabuły, bo sądzę, że Pottera czytało (przynajmniej) 90% z Was. Ale powiem za to, dlaczego to właśnie tom I uznałam za najlepszy z całej siódemki. Po pierwsze, to właśnie po Kamieniu... czułam największy niedosyt i zżerającą mnie ciekawość. Jestem pewna, że gdybym po przeczytaniu ostatniej strony nie miała na półce Komnaty tajemnic, to chyba włamałabym się do księgarni, żeby tylko dostać ją w swoje ręce :) Ponadto uważam, że z Kamienia wręcz "wylewają się" dokładne, oddziałujące na wyobraźnię czytelnika opisy, dzięki którym rozkoszowałam się lekturą jeszcze bardziej i poznawałam zakamarki Hogwartu z Gryfonami. Kolejną zaletą są niewątpliwie bohaterowie - bardzo prawdziwi i tacy, z którymi wielu chciałoby się zaprzyjaźnić. Trzecim, ale za to najmocniejszym punktem Kamienia (a właściwie całej serii) jest, moim zdaniem, bardzo wyważony styl Rowling - mam na myśli to, że autorka w odpowiednim momencie potrafi czytelnika rozbawić, w odpowiednim zasmucić lub sprawić, że otworzy szeroko oczy za strachu bądź zdziwienia. Aż dziw bierze, że na początku nikt nie chciał Kamienia Filozoficznego wydać, prawda? Teraz pewnie każde z wydawnictw, które wysłało J.K. Rowling list odmowny, pluje sobie w brodę. Dobrze, że jednak znalazł się ktoś, komu pomysł się spodobał, bo naprawdę szkoda byłoby, gdybyśmy nie mieli okazji poznać Harry' ego, Hermiony, Rona, Hagrida i całej reszty. Nie mogę sobie wyobrazić, jak bez nich wyglądałoby moje dzieciństwo (a raczej wczesne lata nastoletnie, jeśli wdawać się w szczegóły).

No proszę, a sądziłam, że to będzie króciusieńka notka - nawet chciałam połączyć dzień drugi i trzeci, żeby było co czytać... Chyba niepotrzebnie się martwiłam, jak zwykle zresztą. A teraz pytanie do Was - jaką książkę przeczytaliście więcej niż trzy razy?

*** *** *** *** ***

P.S.: Godzinę temu wróciłam z  W pierścieniu ognia - nie będę pisać szczegółowej recenzji, bo widziałam ich już tyle, że mnie samej nie chciałoby się własnej czytać... Powiem tylko, że to najlepsza ekranizacja, jaką widziałam i jedyna, która jeszcze bardziej pogłębiła moją miłość do swojego książkowego odpowIednika. Swoją drogą, to ogromny komplement dla Pani Collins, że twórcy prawie nic nie zmienili w scenariuszu - zdarza się to naprawdę rzadko i dowodzi jednego: książka to prawdziwe arcydzieło - nie potrzebuje podkoloryzowania, a i tak przyciąga i elektryzuje widzów. Polecam z całego serca - zarówno książkę, jak i film!

środa, 4 grudnia 2013

Elapsje i uczucia - "Błękit szafiru" Kerstin Gier

O istnieniu Kerstin Gier dowiedziałam się dopiero, gdy rok temu w lecie szukałam w księgarni prezentu urodzinowego... dla siebie (tak, nie ma to jak zdrowy egoizm :) ). Wpadły mi wtedy w ręce dwie, wydawałoby się, interesujące pozycje - Zapomniane oraz Czerwień rubinu. O ile książka Cat Patrick niezbyt przypadła mi do gustu, Czerwień... uznałam za fenomen. Po niezwykle przyjemnej lekturze zaczęłam poszukiwania II tomu i tak na moją półkę trafił Błękit szafiru, o którym dziś mowa.

W tej części po raz drugi spotykamy się z Gwendolyn Shepherd i jej zakręconą rodzinką - zawsze poważną babką Lady Aristą, nieco roztrzepaną ciocią Maddy, irytującą kuzynką Charlottą, ciotką Glendą, mamą Grace oraz rodzeństwem - Nickiem i Caroline. Ostatnio w ich domu atmosfera jest nieco bardziej napięta niż zwykle - okazuje się, że Charlotta - domniemana nosicielka genu podróży w czasie, od dzieciństwa uczęszczająca na lekcje fechtunku, historii i innych "fascynujących"  rzeczy - wcale nie jest nikim wyjątkowym, a wcześniej wspomniany gen odziedziczyła... Gwen. Akcja Błękitu... zaczyna się kilka dni po tym odkryciu, główna bohaterka nadal ma mętlik w głowie (kto by nie miał?) - nie tak dawno była normalną nastolatką, której największym zmartwieniem było to, co zje na obiad, a teraz w trybie przyspieszonym musi nauczyć się wszystkiego, czym Charlotta zajmowała się przez lata, a nie jest to proste. W dodatku Gwendolyn jest po uszy zakochana w Gideonie, który wysyła sprzeczne sygnały - raz rzuca ją na sofę, namiętnie całując, później patrzy na nią wzrokiem, który mógłby zabijać albo w ogóle jej unika. Do tej listy można dopisać myślenie o Zielonym Jeźdźcu, o którym mówiła jej Lucy (w rozwiązaniu tej zagadki pomagają Gwen Leslie, najlepsza przyjaciółka, i spotkany w przeszłości dziadek), osiemnastowieczne przyjęcie, na którym ma bliżej poznać przerażającego hrabiego de Saint Germain oraz pewien demon przypominający kota - Xemerius (jego komentarze każdego rozłożą na łopatki!), który nie odstępuje Gwendolyn na krok. Dużo tego, prawda?

Z przyjemnością mówię, że Błękit szafiru był może nie świetną, ale zapewne bardzo dobrą lekturą - na pewno zalicza się do kategorii tych, od których bardzo trudno się oderwać, bo akcja szybko wciąga czytelnika i nie chce wypuścić, dopóki nie dotrze się do ostatniej strony. Co jeszcze mi się podobało? Niesamowite opisy - wszystko, dosłownie wszystko, mogłam sobie wyobrazić - grę na skrzypcach Gideona, kawiarnię, w której Gwen była ze swoim dziadkiem i gdzie przesiąkła zapachem cygar, sukienkę, którą miała na sobie, wygląd siedziby Strażników... W moim przypadku coś takiego naprawdę rzadko się zdarza, więc jestem pełna podziwu dla Pani Gier.

Teraz czas na minusy, a właściwie jeden minus, ale za to dość poważny: drażnili mnie... bohaterowie. I to zarówno Gwendolyn, Gideon, jak i Charlotta. Gwen była moim zdaniem kreowana na... za bardzo głupią. Wiem, że autorce chodziło głównie o to, żeby wywołać uśmiech na twarzy czytelnika, ale chwilami wydawało mi się to za bardzo naciągane - główna bohaterka pomyliła słowa konspiracyjne i inspiracyjne, nie wiedziała, co to jest herezja... Szkoda słów. Co do Gideona - irytował mnie swoim popadaniem ze skrajności w skrajność - pisałam o tym dwa akapity wcześniej. No i została jeszcze Charlotta - ten typ człowieka denerwuje mnie zawsze i od zawsze - i w książce, i w życiu. Ktoś kto się wywyższa, myśli, że jest lepszy od innych, a do tego jeszcze ten kpiący uśmieszek na twarzy - okropność. Jednak w tym przypadku jestem skłonna to wybaczyć, bo zdaję sobie sprawę (a przynajmniej tak mi się wydaje), że był to zabieg zamierzony, że autorka dążyła do tego, żeby Charlotty nie znosił każdy, więc nie zwracałam na to tak bardzo uwagi, ale musiałam o tym wspomnieć.

Podsumowując: książkę naprawdę mogę polecić każdemu miłośnikowi fantastyki w wydaniu młodzieżowym, uznacie tę pozycję za idealną, jeżeli tylko nie jesteście przewrażliwieni na punkcie bohaterów - myślę, że Wam nie powinni oni przeszkadzać tak bardzo jak mi. Błękit... oceniam dość wysoko (może w tym momencie zaprzeczam samej sobie), ale nie sądzę, żebym zawyżyła swoją notę. Miłego czytania!

Ocena: 7/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:

niedziela, 1 grudnia 2013

Podsumowanie listopada

Jejku, jak to szybko leci, to już jakieś 6 tygodni w blogosferze :)
Dzisiaj przychodzę do Was z podsumowaniem mojego książkowego listopada. Muszę przyznać, że popatrzyłam na mój profil na LC i... nieco się podłamałam, gdy zobaczyłam, ile książek udało mi się przeczytać w listopadzie - tylko 3... No ale tłumaczę sobie, że to przez to, że listopad jest takim pesymistycznym i leniwym miesiącem...  W grudniu będzie lepiej, na pewno - w końcu są ferie świąteczne ;)

Książki przeczytane przeze mnie w listopadzie:

  • Kwiaty na poddaszu Virginii Cleo Andrews -> 384 strony (recenzja TUTAJ)
  • Zdradzona P.C. Cast + Kristin Cast -> 352 strony (opinia TUTAJ)
  • Błękit szafiru Kerstin Gier -> 364 strony  (recenzję dodam w grudniu)
To daje w sumie okrągłe 1100 stron, czyli niecałe 37 stron dziennie.



Teraz przenieśmy się w bardziej optymistyczną sferę, a mianowicie stosik. Powiem tak: jestem z niego bardzo zadowolona, bo na prawie wszystkie z tych 5 książek, które na stałe zagościły na mojej półce, polowałam już od dawna.

A sam stosik przedstawia się tak:
Od góry:

  • Gra w kłamstwa Sara Shepard
  • Pretty Little Liars. Sekrety. Sara Shepard
  • Czas żniw Samantha Shannon
  • Żelazny krół Julie Kagawa
  • Cień nocy Andrea Cremer
Dwie ostatnie książki pochodzą z wymiany na LC, z kolei w te autorstwa Sary Shepard zaopatrzyłam się w empiku. A Czas żniw przyniósł mi wczesny Mikołaj ;)

Najbardziej wyczekiwane pozycje: Gra w kłamstwa i PLL -> zamówiłam je w przedsprzedaży już na początku października.
Najbardziej nieplanowany nabytek: Czas żniw

A jak Wam minął listopad?