piątek, 31 stycznia 2014

Podsumowanie stycznia 2014

Jak ten czas szybko leci - jeszcze miesiąc temu zastanawialiśmy się nad wyborem odpowiedniej kreacji na Sylwestrową noc, a dzisiaj żegnamy już styczeń i... ferie zimowe. Tak, tak, moje województwo miało w tym roku wolne jako pierwsze, więc niestety wracam już do szkoły, bo, jak to mówią, wszystko, co dobre, szybko się kończy.

Jednak przejdźmy do czegoś bardziej optymistycznego: moich styczniowych nabytków. Cztery z pięciu przedstawionych książek dostałam w ramach wymiany na LC, więc mój portfel odetchnął z ulgą ;)



Od góry:
  • Z deszczu pod rynnę Kerstin Gier -> po zapoznaniu się z fenomenalną Trylogią Czasu postanowiłam zapoznać się ze wszystkimi książkami Niemki wydanymi w Polsce (z wymiany na LC)
  • Druga szansa Katarzyna Berenika Miszczuk -> już miałam zadowolić się e-bookiem, ale w Empiku była 30% obniżka i nie mogłam się oprzeć :)
  • Sen / Mgła / Koniec Lisy McMann -> już od pewnego czasu chciałam przeczytać tę serię i cieszę się, że w końcu udało mi się ją zdobyć (z wymiany na LC: 3 książeczki za 1)

Książki przeczytane przeze mnie w styczniu:
To wszystko daje w sumie cztery książki i 1656 stron czyli 53 strony dziennie - jestem bardzo zadowolona z tego wyniku, ferie zrobiły swoje :) Największym rozczarowaniem okazała się Przędza, ale za to Czas żniw kompletnie mnie urzekł - oby wydawano więcej takich książek :)

Teraz trochę liczb...
Obserwatorzy: 92 (było: 73)
Wyświetlenia: 3919 (było: 2246)
Komentarze: 1118 (było: 693)
Liczba nominacji do Liebster Blog Award: 6 (od: Tei &Lady SparkJ.PowerfulleyesKasi MeresNatalii Z., i Natalii Plekus -> kliknijcie w link, jeśli chcecie poznać moje odpowiedzi :)
Dziękuję za wszystkie nominacje i każdą z osobna jeszcze raz :)

Dzisiaj, jak widzicie, było króciutko i na temat. Na koniec chciałabym Was zaprosić do udziału w ankiecie dot. recenzji, które miałyby ukazać się w marcu :) A w lutym ukażą się recenzje m.in. Córki dymu i kości (39%) oraz Gry w kłamstwa (47%).

wtorek, 28 stycznia 2014

Inne oblicze Londynu i Oksfordu - "Czas żniw" Samantha Shannon

Recenzji Czasu żniw napisano już wiele, ale prawie wszystkie łączy jedno -  przymiotniki takie jak: niepowtarzalna, fenomenalna, niesamowita, wciągająca... To właśnie te opinie przekonały mnie do zakupu debiutanckiej książki Samanthy Shannon, chociaż na początku jej tematyka w ogóle mnie nie zaciekawiła

Mamy rok 2059. Wśród zwykłych ludzi pojawia się coraz więcej jasnowidzów. Dziewiętnastoletnia Paige Mahoney jest śniącym wędrowcem, Bladą Śniącą - potrafi opuścić swoje ciało i wtargnąć do czyjegoś sennego krajobrazu: wnętrza umysłu, gdzie przechowywane są wspomnienia. Paige musi ukrywać swój dar, ponieważ tam, gdzie mieszka - w Sajonie Londyn - jasnowidze są tępieni i wtrącani do więzień. Dziewiętnastolatka traktuje jednak swą wyjątkowość jako źródło zarobku - jest członkinią gangu Siedem Pieczęci, który popełnia mim - zbrodnie (łączy się ze światem duchów) dla pieniędzy, co jest uznawane za przestępstwo.
Pewnego marcowego dnia Paige w obronie koniecznej zabija dwóch Podstrażników przez co staje się  celem numer jeden Sajonu i zostaje schwytana. Jednak zamiast do więzienia trafia do Oksfordu - kolonii karnej przeznaczonej specjalnie dla jasnowidzów, Mieszkają tam tajemniczy Refaici, których zadaniem jest obrona świata przed Emmitami - istotami żywiącymi się ludzkim ciałem. Jasnowidze mają za zadanie przejść szkolenie podczas którego nauczą się bronić przed tymi potworami, a  ci, którzy nie zdadzą testów, zostaną Klaunami - ludźmi, którzy zapewniają rozrywkę i pożywienie Refaitom. Aby rozwijać swój dar, każdy z więźniów kolonii otrzymuje opiekuna. Paige trafia pod opiekę Arcturusa, małżonka krwi Nashiry - władczyni Oksfordu chcącej zabić dziewiętnastolatkę, aby przejąć jej umiejętności. Paige musi ratować swoje życie, a ponadto nie może pogodzić się z tym, jak Refaici traktują ludzi, więc zaczyna planować zbiorową ucieczkę.

Może zacznijmy od tego, że na początku (czyli przez jakieś czterdzieści stron) w ogóle nie mogłam Czasu żniw zrozumieć - wszystko było niesamowicie pogmatwane, nie wiedziałam, czy w danym momencie jest mowa o duchach czy o ludziach. Z ręką na sercu mówię Wam, że w żadnym przypadku nie jest to pozycja do czytania w autobusie czy pociągu, ponieważ Czas żniw to powieść szalenie wymagająca - podczas lektury trzeba poświęcić jej całą swoją uwagę, a później jeszcze myśleć o tym, co się przeczytało, żeby być w stanie poskładać wszystkie fakty, bo tylko wtedy jest się w stanie w 100% upajać się światem stworzonym przez Shannon.

Jeśli już mówimy o świecie wykreowanym przez autorkę - naprawdę nie mogę pojąć, jak wielką trzeba mieć wyobraźnię i pisarski potencjał, żeby stworzyć z niczego coś tak wspaniałego, a zarazem jedynego w swoim rodzaju. Może powiecie, że motyw jasnowidzenia nie jest niczym nowym, ale tak naprawdę chodzi o niego tylko po części - zdecydowanie większą rolę odgrywa sam Oksford, Sajon, te wszystkie na pierwszy rzut oka dziwne nazwy i zastosowanie znanych nam już pojęć w zupełnie nowy sposób - już po pierwszym rozdziale przekonacie się, że słowniczek na końcu książki nie jest bezużyteczny.

Typ bardzo niezależnej dziewczyny w książkach od zawsze bardzo mnie irytował. Jednak Paige sprawiła, że zaczęłam go lubić - Blada Śniąca jest samowystarczalna i ma charakterek, ale potrafi też kochać i jest całkowicie naturalna - mieszanka idealna. Zaintrygowała mnie też postać Naczelnika - z jednej strony istota okrutna, pogardzająca ludźmi, ale z drugiej - traktuje Paige nadzwyczaj dobrze i stara się jej pomagać, chociaż nie rozczula się nad nią. W ogóle w tej powieści nie ma bohaterów bezbarwnych, takich, o których szybko się zapomina - tutaj każdy się czymś wyróżnia.

Warto też wspomnieć o samym wydaniu książki - nie mam tu na myśli okładki (która jest piękna w swojej prostocie), ale o tym, co w środku. Wprawdzie troszkę przeszkadzała mi dość mała czcionka, ale zrekompensowały mi to wspaniałe dodatki - mapa Oksfordu, Eteryczna playlista (czyli piosenki, których Naczelnik słuchał na swoim gramofonie), słowniczek, o którym już wspominałam oraz... klasyfikacja jasnowidzów według siedmiu kategorii - myślę, że każdy, kto zobaczył ten schemat i słowa takie jak fizjograf, resztkarz, słony kryształmistrz, poczuł ciekawość i od razu chciał tę książkę przeczytać.

To wszystko, skończyłam swoją pieśń pochwalną :) Cóż mogę jeszcze powiedzieć - Czas żniw to jedna z nielicznych książek, których okładki, a raczej zamieszczone na nich opinie, nie kłamią. Debiut Samanthy Shannon naprawdę mogę polecić wszystkim miłośnikom fantastyki, nawet tym, którzy (tak jak ja) na początku byli co do tej powieści sceptyczni - biegnijcie do księgarń i bibliotek!

Ocena: 10/10


***
Udało mi się - zamieściłam recenzje książek, które wygrały w grudniowej ankiecie :) Teraz zdecydujcie, jakie książki mam przeczytać w lutym - macie 2 dni :)

piątek, 24 stycznia 2014

Narodziny nowej Leny - "Pandemonium" Lauren Oliver

Pamiętacie jeszcze moją recenzję Delirium? Jeśli tak, to wiecie, że chociaż I tom trylogii Lauren Oliver oceniłam dość wysoko, bo na siedem punktów, to nie miałam wielkiej ochoty na zapoznanie się z jej pozostałymi częściami. Jednak przemogłam swą niechęć z powodu wyzwania Grunt to okładka i muszę przyznać, że nie żałuję.

Powieść podzielona jest na dwa rodzaje rozdziałów, które przeplatają się wzajemnie - Wtedy i Teraz. Pierwszy z nich skupia się na wydarzeniach, które miały miejsce zaraz po zakończeniu Delirium - ucieczce Leny do Głuszy. Głównej bohaterce udało się wtedy przejść przez ogrodzenie graniczne, jednak Alex nie miał już tyle szczęścia - zginął w płomieniach. W tej sytuacji Lena jest zmuszona radzić sobie sama w całkowicie nowym miejscu, jednak jej ból po stracie ukochanego sprawia, że nie może normalnie funkcjonować. Od śmierci ratuje ją Raven - przywódczyni azylu znajdującego się kilkadziesiąt kilometrów od Portland. Po rekonwalescencji nastolatka poznaje nowych ludzi i samą Głuszę, próbuje oswoić się ze swoim nowym życiem i... dołącza do krajowego ruchu oporu.
To właśnie na tym ostatnim skupiają się rozdziały zatytułowane Teraz. Lena przenosi się do Nowego Jorku, dostaje nową tożsamość i... pierwszą misję do wypełnienia. Ma za zadanie śledzić Juliana - syna Thomasa Finemana, przywódcy rządowej organizacji AWD - Ameryki Wolnej od Delirii. Jednak nie wszystko idzie zgodnie z planem - wskutek ataku Hien (Odmieńców, których jedynym zadaniem jest sianie śmierci i zniszczenia) główna bohaterka i Julian zostają porwani. Podczas pobytu we wspólnej celi oraz obmyślania planu ucieczki nastolatkowie pokonują wzajemną niechęć, która z czasem ustępuje i przeradza się w przyjaźń.

I znowu nowość w kwestii narracji: podział na wydarzenia teraźniejsze oraz na te mające miejsce wcześniej. Z jednej strony taki zabieg to dobry pomysł, ponieważ każdy znajdzie coś dla siebie - może wybierać między tajemniczą Głuszą a tętniącym życiem Nowym Jorkiem (mnie bardziej przypadł do gustu ten pierwszy wariant). Ale taka narracja ma też słabą stronę - załóżmy, że postać X w części Wtedy znajduje się w wielkim niebezpieczeństwie - teoretycznie powinnam bardzo się o nią bać, prawda? Jednak jeśli wiem, że X występuje w jednym z rozdziałów zatytułowanych Teraz i ma się dobrze, to z mojego strachu i niepewności nici.

Warto też wspomnieć, że na początku trylogii Lena była takimi ciepłymi kluchami - niezdecydowana i bojąca się wszystkiego. W Pandemonium główna bohaterka rzeczywiście narodziła się na nowo - stara się być twarda, walczy ze swoimi słabościami i nie poddaje się tak łatwo, co można zapisać zdecydowanie na plus. Olbrzymią zaletą powieści jest również bardzo dynamiczna akcja - ciągle coś się dzieje, Lena nie pozostaje zbyt długo w jednym miejscu i w końcu: pojawia się wielu nowych bohaterów, którzy pozwalają nam lepiej zrozumieć świat wykreowany przez Oliver.

Niestety, choć Pandemonium jest znacznie lepsze od swojego poprzednika, to jeszcze nie odnalazłam do końca tego czegoś, co pozwoliłoby mi ocenić powieść na maksymalną liczbę punktów - ciągle czekam na więcej, dlatego postaram się jak najszybciej przeczytać Requiem. Ponadto ktoś zdradził mi wcześniej zakończenie drugiego tomu, więc zabrakło mi tego elementu zaskoczenia, który pewnie był obecny u większości czytelników, co, jak się domyślacie, nie podnosi mojej oceny. Na szczęście nie wiem za wiele o kolejnej części, więc już nic nie popsuje mi lektury.

Ocena: 8,5/10

Książka bierze udział w wyzwaniach: Czytam FantastykęRekord 2014Book LoversZ półki 2014Grunt to okładka.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Książkowy Zodiak #3 - Wodnik

Ech, jak zwykle zostawiłam wszystko na ostatnią chwilę... Już miesiąc temu zrobiłam sobie postanowienie, że nad Książkowym Zodiakiem będę myśleć bardzo długo, żeby wszyscy bohaterowie okazali się jak najlepiej dopasowani do poszczególnych Znaków. Niestety, koniec semestru dał o sobie znać i zmobilizowałam się do pracy nad tą notką dopiero, gdy w kalendarzu zobaczyłam wielką, tłustą piętnastkę, czyli w środę. Myślę, że nie wyszło źle, ale oceńcie sami ;)

Księżyc wchodzi w Znak Wodnika 20. stycznia. Osoby urodzone końcem tego miesiąca to najczęściej samotnicy, którzy mają trudności z pracą w zespole. Wodniki są uparte, niezależne i samowystarczalne. Osoby spod tego Znaku odznaczają się również tolerancyjnością, łatwością w nawiązywaniu kontaktów i realistycznym spojrzeniem na świat. Mają małą odporność nerwową, łatwo popadają w skrajne nastroje i są bardziej typem kolegów niż kochanków. Wodnik łatwo wybacza doznane krzywdy, jest z reguły przyjacielski i lubiany, ale potrafi być również zazdrosny i zawistny.

Na pierwszy ogień idą panie, które mogłyby być Wodnikami...

1. Mona Vanderwaal z Pretty Little Liars Sary Shepard
Kiedyś kujonka, która nie miała zbyt wielu przyjaciół i od której elity wolały trzymać się z daleka. Później, już po swej wielkiej metamorfozie - najlepsza przyjaciółka Hanny Marin, bezwzględna wobec słabszych, kleptomanka. Mona ukrywa też bardzo brzydki sekret, który zniszczy jej życie...
Mona to typowy Wodnik, ponieważ...
w Rosewood High jest lubiana przez (prawie) wszystkich i łatwo nawiązuje kontakty z innymi ludźmi.  Jest niezależna, a przy tym uparta i powierzchowna. Warto wspomnieć, że Mona ma kapryśny charakter, co ze skłonnością do popadania w skrajne nastroje i małą odpornością nerwową może dać mieszankę wybuchową.

2. Gwen Frost z Dotyku Gwen Frost Jennifer Estep
Nastolatka posiadająca niezwykły dar - potrafi za jednym dotknięciem poznać historię każdej rzeczy oraz poznać myśli każdego człowieka, przez co inni w Akademii Mitu (szkoły, w której uczą się starożytni wojownicy i do której chodzi młoda Frost) nazywają ją Cyganką. Dziewczyna nie ma przyjaciół, trzyma się na uboczu, chodzi w porozciąganych bluzach i zaczytuje się w komiksach wszelkiej maści.
Czemu Gwen Frost to typowy Wodnik?
Cyganka to bardziej typ przyjaciółki niż ukochanej - unika stałych więzi, zachowuje dystans oraz odznacza się chłodem emocjonalnym. Ponadto Gwen bardzo dobrze czuje się bez towarzystwa, nie ma wielu przyjaciół, jest samotniczką. Dziewczyna jest niezależną, samowystarczalną realistką. Uparta, ma zdolności do obiektywnej oceny sytuacji.

3. Alice Cullen ze Zmierzchu Stephanie Meyer
Tak, wiem, pewnie pomyślicie sobie coś w stylu Boże, znowu ten >>Zmierzch<<... Ile można?! O ile sama saga nie jest wybitna, to jednak nie można odmówić jej wielu różnorodnych bohaterów - Alice jest chyba najbardziej pozytywna z nich wszystkich. Wampirzyca posiadająca dar widzenia przyszłości. Członkini klanu Cullenów, najlepsza przyjaciółka Belli, optymistka, której wszędzie pełno.
Dlaczego Alice miałaby być Wodnikiem?
Przede wszystkim - to kobieta niezależna i samowystarczalna. Ponadto jest oryginalna (przynajmniej w ubiorze) oraz łatwo przywiązuje się do osób i rzeczy. Alice jest bardzo tolerancyjna i przyjacielska, przez co z łatwością zjednuje sobie ludzi. Cullenówna również zaraża innych swoim optymizmem i łatwo wybacza doznane krzywdy.


Teraz na celowniku mamy mężczyzn...

1. Jost z Przędzy Gennifer Albin
Pierwszy kamerdyner w Zakonie. W przeszłości szczęśliwy mąż i ojciec maleńkiej Sebriny - obecnie dąży do odnalezienia córki. W Zakonie Jost robi właściwie wszystko - jest ogrodnikiem, kelnerem, opiekuje się Kądzielniczkami... Zauroczony Adelice - aspirującą Prządką. Ich związek utrzymywany jest w wielkim sekrecie.
Jost mógłby być Wodnikiem, ponieważ...
Mężczyzna nie znosi postępowania według określonych reguł i schematów, przez co bardzo trudno wytrzymać mu w Zakonie. Josta bardzo trudno zaszufladkować - ma skomplikowany charakter. To bardziej typ kolegi niż ukochanego, nie angażuje się, zachowuje dystans nawet względem osób, którzy są mu bliscy. Nie zależy mu na wysokich stanowiskach,  

2. Ron Weasley z cyklu Harry Potter autorstwa J.K. Rowling
Chyba najsłynniejszy rudzielec w całej literaturze fantastycznej i nie tylko :) Starszy brat Ginny, oprócz niej ma jeszcze pięciu braci: Freda, George'a, Billa, Charliego i Percy'ego. Najlepszy przyjaciel Pottera i Hermiony. Trochę fajtłapowaty, tchórzliwy. Należy do drużyny quidditcha Gryffindoru.
Czemu Ron to typowy Wodnik?
Weasley jest niesystematyczny i ma słabą pamięć - zaliczał kolejne egzaminy tylko dzięki pomocy Hermiony. Jest takim typem kolegi, nie partnera, dość lubiany, przyjacielski, wierny w przyjaźni. Ron ma słabo rozwiniętą wyobraźnię, ale jest uparty i oszczędny, czego nauczył się już w dzieciństwie - w Norze to konieczność.

3. Harry Lee z Morderstwa w Boże Narodzenie Agaty Christie
Syn Marnotrawny - w młodości ukradł pieniądze, porzucił rodzinę i nie pokazywał się w domu przez kilka ładnych lat - kontaktował się z ojcem tylko w sprawach finansowych. Skonfliktowany z braćmi, z talentem do pakowania się w kłopoty. Mimo jego wad, ojciec przyjął go do domu z rozłożonymi ramionami.
Dlaczego Harry miałby być Wodnikiem?
Jego mottem jest Wolność i przekraczanie granic. Młody Lee jest niezależnym buntownikiem, którego nudzą z góry ustalone zasady i etykieta. Harry nie wyciąga również wniosków z popełnionych błędów, w dodatku jest lekko zwariowany. To niepoprawny optymista, który łatwo nawiązuje kontakty z innymi ludźmi.

Halo halo, czy mamy tu jakieś Wodniki? :)


piątek, 17 stycznia 2014

Tkając rzeczywistość niczym tkaninę - "Przędza" Gennifer Albin

Pamiętam jak dziś, gdy dwa dni przed końcem roku szkolnego poszłam do Empiku rozejrzeć się za książkowymi nowościami. W zasadzie nie miałam zamiaru niczego kupować, ale gdy zobaczyłam na regale Przędzę Gennifer Albin, to po prostu musiałam ją mieć na swojej półce - niezwykła okładka odbijająca światło naprawdę rzuca się w oczy! Jak nietrudno się domyślić, poszłam do kasy z Przędzą pod pachą... Co prawda powieść Albin czekała na swoją kolej ponad pół roku i pewnie nie ruszyłabym jej, gdyby nie blogowa ankieta (na kolejną gorąco zapraszam!), ale, jak to mówią, lepiej późno niż wcale.

Szesnastoletnia Adelice Lewys żyje w Arrasie. Ogromną rolę odgrywają w nim Kądzielniczki - utalentowane kobiety, które utrwalają i upiększają tkaninę, z której składa się świat. Mieszkają w Zakonie, siedzibie Gildii Dwunastu, która rządzi i kontroluje Arras, czyli decyduje, gdzie ludzie mieszkają, gdzie pracują, ile mają dzieci, a nawet... kiedy umrą. Kądzielniczki mają za zadanie kontrolować tkaninę Arrasu i eliminować wszelkie nieprawidłowe zachowania, które mogłyby zakłócić jego harmonię.
Adelice wykazuje wszelkie zdolności niezbędne w tej pracy, jednak jej rodzice są przeciwni działaniom Gildii i nie chcą dopuścić do tego, żeby ich córka została zabrana do Zakonu. Dlatego główna bohaterka od dziecka jest przygotowywana do oblania egzaminów i uczy się, jak ukrywać swe niezwykłe zdolności. Jednak to wszystko na nic, ponieważ Adelice popełnia podczas egzaminu błąd i... zaczyna tkać. Nastolatka już wtedy zdaje sobie sprawę, że nie ma wyjścia i musi pójść do Zakonu, jednak jej wydobycie kończy się tragicznie - ojciec Ad, próbując pomóc jej w ucieczce, ginie, a matka i siostra znikają bez śladu. Zrozpaczona dziewczyna rozpoczyna szkolenie na Kądzielniczkę, jednak szesnastolatka nie ma w Zakonie łatwo - próbuje odnaleźć przeplecioną do innej rodziny siostrę, zakochuje się w dwóch mężczyznach jednocześnie, ma na karku zauroczonego nią ambasadora Cormaca, a jej niewyparzony język zamiast przyjaciół, przysparza jej wrogów. Jednak to nie wszystko - Adelice musi zdecydować, czy podoła pracy Prządki, najważniejszej z Kądzielniczek, i poznaje straszną prawdę o świecie, w którym przyszło jej żyć.

Od początku podobał mi się sam pomysł na powieść - chyba jeszcze nie spotkałam się z wizją świata jako tkaniny, którą można dowolnie modyfikować. Jest to coś zupełnie innego niż na przykład miłość między wampirem/wilkołakiem/aniołem (niepotrzebne skreślić) a człowiekiem  - swoisty powiew świeżości. Urzekli mnie również bohaterowie - każdy z nich jest inny, jedyny w swoim rodzaju, a przy tym wzbudza skrajne emocje - można go albo kochać, albo nienawidzić. Myślę, że również zakończenie mogę uznać za mocną stronę Przędzy - to było dziwne, bo niby gdzieś w środku czułam, że wszystko może skończyć się tak a nie inaczej, ale mimo wszystko byłam zaskoczona... Spodobały mi się też opisy - bardzo szczegółowe, oczyma wyobraźni widziałam naprawdę wszystko - od koloru sukienki Adelice do kształtu poduszki leżącej na fotelu w jej apartamencie.

Niestety (jak to często bywa), o ile pomysł na Przędzę był cudowny, to wykonanie ma kilka wad, i to poważnych - akcja w ogóle nie jest dynamiczna, wręcz "ślimaczy się", co sprawiło, że Przędzę czytałam aż półtora tygodnia. Sama Adelice też nie jest bez zarzutu - momentami bardzo irytowała mnie swoimi sarkastycznymi uwagami pod adresem osób, od których nierzadko zależało jej życie, to się chyba nazywa brak instynktu samozachowawczego - w niektórych momentach wręcz krzyczałam na nią w myślach, pytałam: Czy Ty nie możesz choć przez chwilę nic nie mówić? I proszę Was, trójkącik miłosny to już bardzo oklepany wątek - nie można było wymyślić czegoś innego?

Podsumowując, po Przędzy spodziewałam się wiele, wiele więcej... Pomysł był świetny, aczkolwiek w tej powieści nagromadziły się drobne niedociągnięcia, które razem sprawiają, że czyta się dość topornie i nawet barwni bohaterowie nie poprawiają zanadto sytuacji. Warto dodać też, że na pewno debiut Gennifer Albin nie ma za wiele wspólnego z Igrzyskami śmierci, więc nie sugerujcie się notką na okładce. Zakończenie definitywnie wskazuje na kolejną część, na razie informacji dotyczących premiery kolejnego tomu w Polsce brak, ale nawet nie wiem, czy będę na nie czekać.

Ocena: 6/10

niedziela, 12 stycznia 2014

Kiedy niebo jest największym zagrożeniem - "Przez burze ognia" Veronica Rossi

Chyba 12.01. muszę zakreślić sobie w kalendarzu kolorowym flamastrem - po raz pierwszy zbierałam pieniądze z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy i... nie zrealizowałam swojego blogowego planu - dzisiaj miała ukazać się recenzja Przędzy Gennifer Albin, ale niestety jeszcze jej nie przeczytałam. W zamian za to naskrobałam coś na temat pierwszej przeczytanej w tym roku książki - Przez burze ognia.

Główną bohaterką powieści jest Aria - siedemnastolatka mieszkająca w Reverie, jednej z Kapsuł Podu. Kilkadziesiąt lat przed narodzinami dziewczyny burze eterowe zaczęły pustoszyć coraz bardziej rozległe obszary Ziemi, jaką znamy dzisiaj, przez co ludzie musieli zostać zamknięci w Kapsułach, żeby przetrwać. Od tej pory Osadnicy (tak określa się osoby mieszkające w kapsułach) nie znają uczuć takich jak ból, nie wiedzą, jak naprawdę pachną róże, ale za to mogą w mgnieniu oka przenieść się, gdzie tylko zapragną - do Paryża, średniowiecza... A wszystko to dzięki sferom, do których Osadnicy mają dostęp za pomocą specjalnych wizjerów. Życie nie toczy się już w realu, a Osadnicy tracą odporność, co uniemożliwia im przeżycie poza Reverie - w Umieralni. Zupełnym ich przeciwieństwem są Wykluczeni - ludzie spoza Kapsuł, dla których każdy kolejny dzień jest walką o pożywienie i przetrwanie. 
Z dnia na dzień Aria nie jest już Osadniczką - zostaje wygnana za przestępstwo, którego nie popełniła. Gdy dziewczyna jest bliska śmierci, spotyka Perry'ego - Wykluczonego, który ocalił ją z pożaru, o którego wzniecenie została oskarżona. Mimo obustronnej niechęci Aria i Peregrine postanawiają zostać sojusznikami - on potrzebuje jej, żeby odnaleźć bratanka porwanego przez Osadników, a ona jego - żeby dowiedzieć się, co się stało z jej matką i przetrwać, co nie jest łatwe - burze eterowe nasilają się, o każdy kęs pożywienia trzeba walczyć, a w dodatku para zaczyna mieć na karku Krukorów - kanibali pragnących pomścić śmierć ich przywódcy, którego zabił Peregrine. Podczas wspólnej podróży relacje Arii i Perry'ego ulegają znaczącemu ociepleniu...

Kojarzycie takie książki, w których chłopak i dziewczyna się nienawidzą, a później ni stąd, ni zowąd w pewnym momencie padają sobie w ramiona? Ja tak, ale spokojnie - Przez burze ognia nie zalicza się do tej kategorii. I to jest największa zaleta tej powieści - relacja rodząca się między Arią a Perrym nie jest oczywista (znajomość, która rozpoczyna się zdaniem: Trzeba było dać ci zdechnąć, wszystko przez ciebie straciłem! nie zapowiada się zbyt obiecująco...), powoli dojrzewa,  jest naturalna i prawdziwa - coś pięknego, bo niby wiemy, co będzie dalej, a i tak czekamy w napięciu na rozwój wydarzeń. Bardzo spodobał mi się również świat wykreowany przez Veronicę Rossi - wszystko jest dopracowane w najmniejszych szczegółach, co sprawia, że czytelnik bardzo angażuje się w historię snutą przez Arię - naprawdę, wielkie brawa! - za to, i jeszcze za narrację z dwóch perspektyw - pierwszy raz spotkałam się z czymś takim - świetna sprawa :)

Za minus bezapelacyjnie mogę uznać to, że akcja jest...  nierównomierna - mam na myśli to, że czasem nie dzieje się kompletnie nic, a czasem akcja pędzi na łeb na szyję i trudno nadążyć za wydarzeniami. Na początku denerwowała mnie też Aria - była taką damulką: ona nie zrobi tego, ale tamtego też nie, bo to jest obrzydliwe i poniżej jej godności! Jednak główna bohaterka dość szybko dostosowuje się do nowych warunków i z rozdziału na rozdział jest tylko lepiej.

Myślę, że Przez burze ognia jest lekturą godną polecenia, chociaż nie skłamię, gdy powiem, że czegoś mi w niej brakowało - fajerwerków nie było, ale czytało się przyjemnie i dość szybko, więc jeśli znajdę w bibliotece kolejny tom, to z niemałą przyjemnością powrócę do Plemienia Fal, Eteru i Wielkiego Błękitu.

Ocena: 7/10

Książka bierze udział w wyzwaniach: Czytam FantastykęRekord 2014Serie na starcie 2014Book Lovers

czwartek, 9 stycznia 2014

30 Day Book Challenge - dzień czwarty i piąty

Dzisiaj czas na kolejną odsłonę cyklu 30 Day Book Challenge. Może jesteście nieco zdziwieni tym, że w jednym poście chcę zawrzeć aż dwa dni zabawy, ale musiałam tak zrobić, ponieważ w innym wypadku oddałabym w Wasze ręce zaledwie kilkuzdaniową  notkę, co byłoby wręcz karygodne ;) Tak więc przed Wami najlepsza książka mojej ulubionej serii oraz książka, która sprawia, że jestem szczęśliwa.


Dzień 4 - najlepsza książka Twojej ulubionej serii
I właśnie tutaj pojawił się problem - wprawdzie za jedną z trzech najlepszych książek zeszłego roku uznałam Pretty Little Liars. Zabójcze.  Sary Shepard (zamęczę Was tą serią kiedyś ;)- tom szósty zasłużył sobie na ten tytuł głównie bardzo zaskakującym zakończeniem - w życiu nawet nie pomyślałabym, że wydarzenia mogą przybrać taki, a nie inny obrót... Ale z drugiej strony - tom pierwszy jest świetnym wprowadzeniem do całej historii, a akcja tomu dwunastego dzieje się na statku wycieczkowym (uwielbiam takie scenerie!), gdzie dziewczyny próbują zdemaskować tajemniczego prześladowcę. Naprawdę, zaczynam sądzić, że stwierdzenie Kazać wybrać bibliofilowi swoją ulubioną książkę to jak kazać matce wybrać swoje ulubione dziecko ma w sobie trochę prawdy... Może decyzja nie jest aż tak dramatyczna, ale nadal trudna... Dlatego nie podam jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie co jest haniebnym złamaniem zasad, ale co tam.

Dzień 5 - książka, która sprawia, że jesteś szczęśliwa

Może nie tyle sprawia, że jestem szczęśliwa, ale po prostu... podnosi mnie na duchu, co chyba też można poniekąd nazwać szczęściem. Stokrotki to moja pierwsza książka Richarda Paula Evansa, ale po takim początku zdecydowanie mam ochotę na więcej... 
Głównym bohaterem powieści jest grubiański James Kier, biznesmen. Pewnego zimowego dnia świat obiega nieprawdziwa informacja, że mężczyzna zginął w wypadku samochodowym, jednak reakcja innych ludzi na tę informację jest co najmniej zaskakująca - nikt Kiera nie opłakuje. Ba!, niektórzy wręcz cieszą się, że ich szef/kolega/współpracownik odszedł z tego świata. Paradoksalnie, jedyną osobą, która staje w jego obronie, jest była żona Jamesa - umierająca na raka Sara. Ten jeden dzień diametralnie zmienia Kiera - od tego momentu mężczyzna chce odkupić swoje winy i naprawić popełnione błędy. Dlatego prosi swoją asystentkę o listę osób, którym kiedykolwiek wyrządził krzywdę żeby móc im to wynagrodzić Jednak okazuje się, że samo dotarcie do tych ludzi nie jest proste, a co dopiero uzyskanie od nich przebaczenia... James nie poddaje się i z biegiem czasu dociera do niego, kim są ci, których skrzywdził najbardziej - ale zegar tyka i czasu na odkupienie win jest już bardzo mało.

Stokrotki w śniegu są cudowne pod każdym względem - realistyczni bohaterowie i (niby) oklepana fabuła, która jednak ma w sobie coś, co chwyta za serce, to doskonała mieszanka. Można powiedzieć: współczesna wersja Opowieści wigilijnej, według mnie - nawet lepsza. Przyznam, że przez niemal całą powieść czekałam na tytułowe stokrotki, ale gdy w końcu się pojawiły, nie mogłam się nie popłakać. Teraz może ktoś pomyśli sobie, że to zwykły wyciskacz łez, jednak oceniając książkę Evansa w ten sposób, popełnia się błąd - to powieść z przesłaniem, ona mówi, a wręcz krzyczy, że nigdy nie jest na nic za późno, że człowiek zawsze może się zmienić... I to nie z udziałem zjaw czy duchów, ale w całkowicie realny sposób. Ponadto Stokrotki są prawdziwą skarbnicą cytatów i złotych myśli, które sprawiają, że nawet w najgorszy dzień potrafię się uśmiechnąć, więc tak - ta powieść definitywnie sprawia, że jestem szczęśliwa.


A jaka książka sprawia, że Wy jesteście szczęśliwi?
Jaki jest ulubiony tom Waszej ulubionej serii?



poniedziałek, 6 stycznia 2014

Pierwsze wyróżnienie - Liebster Blog Award

Dzisiaj chcę się pochwalić - po ponad dwóch miesiącach istnienia bloga otrzymałam moje pierwsze wyróżnienie, czyli Liebster Blog Award :) To taka blogowa zabawa, nie będzie ich tu dużo, ale raz na jakiś czas - czemu nie?  Oto definicja, którą znalazłam w Internecie:

Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę”. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 10 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 10 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.

Zostałam nominowana przez J. z bloga Zakamarek - dziękuję jeszcze raz :) Poniżej pytania, które mi zadała:
1. Jakie książki najmilej wspominasz z dzieciństwa?
Zdecydowanie serię o Martynce autorstwa Wandy Chotomskiej - mam chyba ze 30 opowiadań o tej ośmiolatce. Teraz są gdzieś w pudle na szafie i czekają, aż sama będę miała córkę :)
2. Jaka była pierwsza książka,  w której się całkowicie zakochałaś(eś)?
Szczerze mówiąc, nie jestem pewna - chyba Dzieci z ulicy Awanturników. Pamiętam do tej pory, jak śmiałam się z niektórych fragmentów :)
3. Czy masz/miałaś(eś) jakieś ulubione serie, na które zawsze czekasz /czekałaś(eś) z napięciem?
Chyba tylko Pretty Little Liars Sary Shepard. I jeszcze "Tylko dla wybranych" Kate Brian.
4. Co Cię w nich ujęło?
Prosty język, dobrze wykreowani bohaterowie z wyższych sfer i wątek kryminalny ;)
5. Czego najczęściej szukasz w książkach?
Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, ale chyba poszukukuję przede wszystkim świeżych pomysłów, nieszablonowych bohaterów, no i nieprzewidywalności ;)
6. Masz ulubionego autora/autorkę?
Z zagranicznych - Sarę Shepard, a z naszego podwórka - Ewę Barańską.
7. Jaką najdziwniejszą książkę przeczytałaś(eś) kiedyś z nudy/braku innych książek pod ręką?
Harry Potter i filozofia - filozoficzne podejście do kultowego Pottera. Wynudziłam się strasznie!
8. Opisz swoją ulubioną księgarnię lub bibliotekę.
Moja biblioteka nie jest za duża, właściwie są to dwa pomieszczenia - dział dziecięcy i dla dorosłych. Do tego drugiego rzadko się zapuszczam, ale w dziecięcym jestem dość  często. Właściwie nie jest to nic niezwykłego: komputer, lada, stolik z krzesłami, no i oczywiście regały, duuużo regałów z ogromem ciekawych książek ;)
9. Opisz swoje ulubione miejsca do czytania i jak się zmieniały przez lata.
Głównie czytam w swoim pokoju, leżąc na łóżku :) To miejsce nie zmieniło się za bardzo od jakichś 8 lat, tylko kolorystyka jest inna - narzuta jest fioletowa, a poduszki - zielone. Kiedyś dominowały błękity.
10. Czy marzyłaś(eś) kiedyś o napisaniu własnej książki? Jakiej?
Jasne, że tak, marzę nadal, ale nie wiem, co z tego wyjdzie ;) Jeżeli chodzi o gatunek, to nie mam zielonego pojęcia, co to mogłoby być...

Teraz czas na blogerów, których nominowałam:
PolarisAsh- eraMarta KorCamillie EveOli, DoomisiaOla C.Ognista StrzałaEllie MooreStella Aga oraz DoXxil.

A oto pytania - jestem bardzo ciekawa Waszych odpowiedzi :)
1. Czy znasz przypadek, gdy film/serial na podstawie książki był lepszy od jej papierowej wersji? Jaki?
2. W jakiej książce spotkałaś/eś się z najbardziej irytującym głównym bohaterem i kto to był?
3.Wolisz narrację pierwszo- czy trzecioosobową?
4. Czy jest taka książka, której nie przeczytałaś/eś i się tego wstydzisz? Jaka?
5. Najciekawsza lektura szkolna?
6. W skali 1-10, w jakim stopniu zwracasz uwagę na okładki książek?
7. Trzymasz się raczej jednego gatunku książek czy ciągle szukasz czegoś nowego?
8. Ile książek czeka na przeczytanie w Twojej biblioteczce? Podaj 3 tytuły.
9. Byłaś/eś na jakichkolwiek Targach Książki? Jak to wspominasz?
10. Co Cię najbardziej irytuje w książkach?

Mam nadzieję, że zdecydujecie się odpowiedzieć na moje pytania, czekam z niecierpliwością :)
I jeszcze przypominam o ankiecie dot. książek, które mam zrecenzować w lutym.

piątek, 3 stycznia 2014

Krwawe Święta - "Morderstwo w Boże Narodzenie" Agaty Christie

Pamiętacie jeszcze mój list do Świętego Mikołaja? Jak wiecie, ku mojej radości znalazłam pod choinką dwie z sześciu wymienionych przeze mnie pozycji :) Dzisiaj przyszła pora na recenzję jednej z nich, a mianowicie - Morderstwa w Boże Narodzenie.

Akcja kryminału rozpoczyna się dwa dni przed Wigilią. Do domu milionera Simeona Lee zaczyna zjeżdżać się najbliższa rodzina, aby razem spędzić Święta Bożego Narodzenia - nic szczególnego, prawda? A jednak pozory mylą, bo krewni milionera od lat nie spotkali się w pełnym gronie - konflikty, wzajemny żal i różnice charakterów sprawiły, że prawie w ogóle nie mieli ze sobą kontaktu.
Simeon ma czterech synów: Alfreda (mieszka z ojcem pod jednym dachem, przejął rodzinny interes), George'a (senator, poślubił o wiele młodszą od siebie kobietę), Harry'ego (Syn Marnotrawny, przed laty ukradł pieniądze i uciekł, upominał się tylko od czasu do czasu o kolejne czeki) oraz Davida (artysta, niegdyś bardzo zżyty z matką, która zmarła wiele lat temu). Do rezydencji Lee przyjeżdża cała czwórka wraz z żonami oraz... jedyna wnuczka Simeona, Pilar Estravados, i Stephen Farr, syn Ebenezera Farra - wspólnika Simeona z czasu, gdy ten zbił fortunę na diamentach w Afryce Południowej. Gdy wszyscy goście docierają na miejsce, okazuje się, że Simeon zaprosił ich do siebie nie po to, żeby poprawić wzajemne stosunki, tylko żeby zasiać wśród nich ziarno niezgody. Staruszek, jednak nie doprowadza swojego planu do końca - zostaje zamordowany z zimną krwią w swoim własnym gabinecie, a z jego sejfu znikają diamenty o znacznej wartości. Mordercą na pewno jest któryś z gości/domowników, ale prawie każdy miał motyw, więc zagadka nie jest prosta - do akcji wkraczają pułkownik Johnson oraz inspektor Sugden na czele z samym Herculesem Poirotem.

Na pierwszy rzut oka fabuła wydaje się bardzo podobna do innego kryminału Christie - I nie było już nikogo. Tutaj też mamy morderstwo, które dokonuje się w takim miejscu, że sprawców może być tylko kilku, więc podejrzani pozostają w zamknięciu do czasu rozwiązania zagadki. Analogie rzeczywiście rzucają się w oczy, lecz tak naprawdę to dwie zupełnie różne powieści - w Morderstwie... zbrodnia jest bardziej krwawa (a jednak Christie nie zawiodła swojego szwagra - przeczytajcie dedykację), a sprawcami mogą być ludzie połączeni więzami krwi - mamy tu świetny, a zarazem realistyczny portret psychologiczny rodziny Lee, co zdecydowanie wzbogaca całą powieść i jest sprawą kluczową w rozwiązaniu zagadki.

W dodatku akcja toczy się wartko i czytelnik po prostu nie ma czasu na nudę - co chwilę pojawiają się nowe wątki, które tylko podsycają chęć do dalszego czytania, dzięki czemu trudno zauważyć, kiedy przeczyta się ostatni rozdział. Nie można nie docenić również tego klimatu, który jest chyba obecny w każdym kryminale Christie (chociaż trudno mi to równoznacznie stwierdzić, bo do tej pory poznałam tylko dwie powieści Królowej Kryminału).

Ogólnie rzecz biorąc, czytając kryminały Christie mam nieodparte wrażenie, że moje szare komórki są bardzo leniwe - niby wiem, że jakieś zdarzenia, o których jest mowa, są ważne, ale nie potrafię połączyć ich w spójną całość, choć po rozwiązaniu zagadki wszystko wydaje się boleśnie oczywiste. Ale to chyba świadczy o tym, że autorka wykonała dobrą robotę, więc zapisuję to na plus.

Chociaż próbowałam znaleźć jakieś minusy tego kryminału, to muszę z żalem stwierdzić, że nie jestem w stanie, chociaż z drugiej strony odnoszę wrażenie, że Morderstwo w Boże Narodzenie nie dorównuje I nie było już nikogo, więc nie mogłam dać książce maksymalnej oceny, ale na 9 punktów z pewnością zasługuje. To idealna lektura zwłaszcza na teraz - w końcu od Świąt nie minęło znowu tak dużo czasu, co bardzo pomoże wczuć się w panujący klimat.

Ocena: 9/10