niedziela, 23 lutego 2014

O dziewczynie, której drugie imię to "Tajemnica" - "Córka dymu i kości" Laini Taylor

Wiem, że powinnam zamieścić tę recenzję wcześniej, ale dopiero teraz mam na tyle dużą wenę, że z mojej pisaniny wyszło coś sensownego ;) Na Córkę dymu i kości miałam ochotę od dawna - pochwały nagromadzone na okładce zrobiły swoje. Poza tym to właśnie książka Laini Taylor zajęła drugie miejsce w styczniowej ankiecie, a obietnice zobowiązują.

Karou od zawsze wyróżniała się z tłumu - miała dziwne tatuaże na dłoniach, a jej włosy raziły oczy intensywnie niebieską barwą. Ponadto jej szkicowniki pełne dziwacznych, lecz zarazem pięknych potworów robiły furorę wśród jej znajomych ze szkoły plastycznej w Pradze. Jednak choć wszyscy sądzą, że fantastyczne rysunki to dowód na olbrzymią wyobraźnię siedemnastolatki, a włosy koloru nieba to zasługa dobrej farby, to wcale tak nie jest - Karou prowadzi podwójne życie: jedno w czeskiej Pradze, gdzie uczy się i mieszka, a drugie w sklepie Brimstone'a, nazywanego też Dealerem marzeń, który wychował ją i dla którego podróżuje po całym świecie, żeby zdobywać... zęby, choć tak naprawdę nie wie, do czego są mu potrzebne. W pewnym momencie zaczynają krążyć plotki o niezwykle pięknych ludziach, którzy wypalają ślady na drzwiach sklepów Brimstone'a na całym świecie... gołą ręką. Gdy wszystkie drzwi zostają naznaczone, Brimstone, Issa, Yasri i Kismish (czyli jedyna rodzina głównej bohaterki) rozpływają się w powietrzu, a Karou zostaje sama. No, może nie całkiem sama, ponieważ dziewczynę zaczyna poszukiwać pewien anioł, który próbował zabić ją w Maroku. Między Akivą (bo tak brzmi imię anioła) a Karou rodzi się uczucie, a tylko on zna odpowiedź na pytanie, dlaczego siedemnastolatka czuje się tak pusta w środku, jakby czegoś w niej brakowało...

Są trzy typy książek: takie, które czytasz, bo po prostu musisz dowiedzieć się, co będzie dalej; takie, w których właściwie obojętne Ci jest, jak potoczą się wydarzenia i w końcu takie, które ogromnie Cię nudzą i którymi masz ochotę rzucić o ścianę. Spokojnie, Córka dymu i kości nie zalicza się do tej ostatniej kategorii, tylko do drugiej - owszem, czytało się miło, ale nie wciągnęłam się w życie Karou i Akivy na tyle, żeby na przykład stracić poczucie czasu, nie nauczyć się na sprawdzian czy zarwać noc. Pod tym względem spodziewałam się czegoś o wiele lepszego - akcji pędzącej galopem, książki, od której nie mogłabym się oderwać.

Teraz z jednej strony chcę Taylor pochwalić, a z drugiej zbesztać. Oklaski należą się pisarce za to, jak wykreowała postać Karou - dziewczyna na pewno zostanie w mojej pamięci na długo, głównie dlatego, że uwielbiam ten typ ekscentrycznej artystki, która ma zawsze pod ręką swój szkicownik i jest gotowa do rysowania, a w dodatku ubiera się bardzo oryginalnie. Siedemnastolatka ma też ciekawy charakter - jest niezłomna, uparta i wie, czego chce, ale o tym poczytaliście co nieco przy okazji ostatniego Książkowego Zodiaku. Karou była świetna, ale za to Akivy nie polubiłam - wydawał mi się chłodny i zdystansowany, a w dodatku za bardzo tajemniczy - tak długo zatajał przed Karou prawdę o jej tożsamości, że zaczęłam wręcz podejrzewać, że może jest jej zaginionym bratem albo rodzicem (nie, nie przesadzam)...

Na pewno mogę też powiedzieć, że Laini Taylor pisze bardzo różnorodnym językiem - raz jest piękny, kwiecisty, pełen metafor i epitetów (...dachy miały kolor strażackiej czerwieni. Gotyckie wieże trwały w gotowości, by wziąć na siebie ciała upadłych aniołów -> s.32), ale to cudowne wrażenie psują na przykład zdania typu: Jedynym zagrożeniem było to, że śmierdzą jej stopy (s.203). Taki niewyrównany poziom językowy momentami bardzo rzucał się w oczy - zupełnie jakby książkę pisały dwie różne osoby.

Świat wykreowany przez pisarkę zasługuje na pochwałę - chimery, niezwykła atmosfera czeskiej Pragi, Maroko, sklep Brimstone'a... Miejsca naprawdę były opisane świetne i widać było, że autorka bardzo długo nad nimi myślała. Jednak o ile bohaterowie i miejsce akcji były dopracowane, o tyle jej tempo i język powieści bardzo psuły to wrażenie - na tyle, że nie mam ochoty na kolejny tom, choć z jednej strony dręczy mnie pytanie - A może on nie okaże się tak wielkim rozczarowaniem?

Ocena: 5/10

środa, 19 lutego 2014

Książkowy Zodiak #4 - Ryby

Na początek chciałam Was bardzo mocno przeprosić  za to, że nie było mnie tutaj prawie dwa tygodnie. Chyba przeżyłam swój pierwszy blogowy kryzys - nie miałam czasu dosłownie na nic, a ogromna ilość nauki, przemęczenie oraz brak weny na czytanie bardzo dały mi się we znaki... W szkole nadal mam niezły młyn, więc posty mogą pojawiać się nieco rzadziej (choć postaram się do tego nie dopuścić), ale nie martwcie się o mnie - żyję i mam się dobrze ;) Koniec, już nie użalam się nad sobą, tylko przedstawiam Wam czwartą odsłonę Książkowego Zodiaku.

Ryby wyróżniają się spośród innych innych Znaków Zodiaku przede wszystkim silną intuicją, empatią oraz tym, że potrafią wczuć się w sytuację innych ludzi i przewidywać ich posunięcia. Pieniądze nie są dla nich najważniejsze, bywają wręcz rozrzutne. Osoby spod tego Znaku cechują się również uprzejmością i tym, że dobrze życzą innym ludziom. To osoby, którzy w głębi duszy są artystami, a pociesznie znajdują w sztuce. Ryby są zdolne do poświęceń w imię wyznaczonego celu, ale i szczęścia innych. Wierzą w przeznaczenie, w miłości chcą zatracenia i wewnętrznej przemiany, a niekochane marnieją w oczach. Na ogół są podatne na wpływy i przewrażliwione, stawiają się w roli ofiary. Mają predyspozycje do bycia świetnymi lekarzami. Mężczyzna jest oddany, a kobieta to typ rusałki.


Tym razem, nietypowo, zaczniemy od mężczyzn:

1. Nick Colt z Pragnienia Carrie Jones
Wybranek głównej bohaterki powieści, Zary White. Zmiennokształtny wojownik, który niejedno przeszedł, a nawet ma za sobą pobyt w starożytnej Walhalli. Chłopak idealny - czuły, opiekuńczy, do tego przystojny. Owszem, Carrie Jones nieco (a nawet bardzo) go wyidealizowała, jednak nie zmienia to faktu, że polubiłam Colta - głównie dlatego, że nie jest to typ tzw. ciepłych kluchów i kiedy trzeba, potrafi zawalczyć o swoje.
Dlaczego Nick mógłby być spod Znaku Ryb?
Nastolatka posiada bardzo silną intuicję i potrafi przewidywać posunięcia innych ludzi, co czyni z niego dobrego stratega. Nick jest męski, ale zarazem uprzejmy i delikatny. W pełni oddany Zarze, zdolny do poświęceń zarówno dla niej samej, jak i dla innych ludzi.


2. Harry Potter z sagi J.K. Rowling o tym samym tytule

Tego pana nie trzeba chyba nikomu przeszkadzać - nawet mugole wiedzą, o kogo chodzi ;) Najsłynniejszy czarodziej wszech czasów, nazywany również Chłopcem, który przeżył. Jego rodzice zginęli z ręki okrutnego Lorda Voldemorta, jednak chłopcu udało się przeżyć atak. Kilkanaście lat później, gdy Ten, którego imienia nie wolno wymawiać odradza się, to właśnie w Harrym leży nadzieja na ocalenie świata czarodziejów od zagłady.

Dlaczego Harry mógł urodzić się na przełomie lutego i marca (wiem, że w książce urodziny obchodzi w wakacje, ale przymknijmy na to oko ;)?
Jest bystry, ma intuicję, potrafi przewidywać posunięcia innych ludzi, a także wczuć się w ich sytuację. Harry, tak jak jego rodzice, jest zdolny do poświęceń, nie myśli tylko o sobie, to nie jest typ egoisty i materialisty. Uprzejmość, wrażliwość, oddanie - te trzy słowa charakteryzują Pottera aż nazbyt dobrze.

3. Xavier Woods z trylogii Blask Alexandry Adornetto
Po chwili namysłu doszłam do wniosku, że właściwie on i Nick to bardzo podobne typy chłopaków - oboje oddani swym wybrankom, czuli, przystojni, wręcz idealni. Zdecydowanie ważniejsza niż sprawy materialne jest dla Xaviera religia. Ponadto nastolatek jest bardzo mocno związany z Bethany - wytrwale walczy o to, żeby jego związek z anielicą przetrwał próbę czasu i sprzeciw archaniołów.

Dlaczego Xavier to typowe Ryby?
Młody Woods jest bardzo empatyczny, a zarazem uprzejmy i delikatny. Xavier dobrze życzy innym, jest zdolny do poświęceń i oddany, wierzy w przeznaczenie. Ma też predyspozycje do zostania świetnym lekarzem, a sprawy duchowe są dla niego ważniejsze od materialnych.

Czas na kobiety...

1. Lena Duchannes z Kronik Obdarzonych Kamii Garcii & Margaret Stohl

Dziewczyna - zagadka. Nikt w Gatlin nie wie o niej niczego poza tym, że mieszka u swego dziwacznego wuja Macona Ravenwooda. Leną od początku fascynuje się Ethan - zwykły nastolatek mieszkający w Gatlin od urodzenia - tym bardziej, że od pewnego czasu widuje ją w swoich snach. Tajemnica nastolatki jest dziwniejsza, niż mogłoby się wydawać, a uczucie tych dwojga nieraz zostanie wystawione na próbę.

Dlaczego Lena mogłaby być spod Znaku Ryb (w książce wprawdzie nie jest, ale mimo wszystko pogdybajmy...)
Duchannes ma niezwykle silną intuicję, bardzo ważna jest dla niej sfera duchowa. To artystka, która tworzy poezję i zapisuje myśli ścianach swojej sypialni. W miłości pragnie wewnętrznej przemiany. Ponadto jest wrażliwa i ma dość słaby system nerwowy, często nie radzi sobie z emocjami. Typ rusałki.

2. Karou z Córki dymu i kości Laini Taylor
Wprawdzie nie mieliście jeszcze okazji przeczytać recenzji tej książki, ale pojawi się ona już w weekend, a tymczasem przybliżę Wam główną bohaterkę historii wykreowanej przez Laini Taylor. Karou to mieszkanka Pragi i uczennica tamtejszej szkoły plastycznej. Naturalnie niebieskie włosy, tajemnicze tatuaże na dłoniach i pełne fantazji rysunki w szkicownikach to jej znaki rozpoznawcze. Dziewczyna skrywa wiele tajemnic - jej rodziną są chimery, czyli krzyżówki różnych zwierząt (niekiedy i ludzi), a koraliki na jej naszyjnikach mają moc spełniania życzeń...

Dlaczego Karou mogłaby być spod Znaku Ryb?
Nastolatka wierzy w przeznaczenie, a ponadto jest dość wrażliwa, chociaż stara się nie pokazywać tego innym. Karou ma intuicję, jest i rozrzutna. Na pewno cechuje ją ogromna wyobraźnia, to prawdziwa artystka. W miłości pragnie zatracenia i wewnętrznej przemiany.

3. Aria Montgomery z serii Pretty Little Liars Sary Shepard

Nawet nie macie pojęcia, ile czekałam, aby w końcu móc opisać moją ulubioną Kłamczuchę ;) Kiedyś Aria miała różowe pasemka we włosach i nie mogła rozstać się się ze swoją ulubioną maskotką - Świnulą. Później wyrobiła się –  piękna i popularna rządziła razem z Alison i resztą jej paczki całym Rosewood High. Jednak pojawiają dwa małe ale, które psują ten sielankowy obrazek – Montgomery zakochuje się w swoim nauczycielu literatury oraz zaczyna być prześladowana przez kogoś, kto podaje się za jej zaginioną przyjaciółkę...

Dlaczego Aria to typowe Ryby?
To w głębi duszy artystka, która znajduje pociesznie w sztuce. Jest podatna na wpływy i wrażliwa, jak również ma tendencję stawiania się w roli ofiary - mam na myśli to, że razem z pozostałymi dziewczynami nie ma na tyle odwagi, żeby w końcu wziąć byka za rogi i zdemaskować prześladowcę podającego się za A. Aria to również typ rusałki.

Macie swoje typy? A może sami jesteście Rybami?

piątek, 7 lutego 2014

Ostateczne rozstrzygnięcie - "Zieleń szmaragdu" Kerstin Gier

Tak, wiedziałam, że ten moment musi kiedyś nastąpić... Że kiedyś w końcu wezmę do ręki ostatni tom Trylogii Czasu, że przeczytam pierwszy rozdział, a później następny i następny, i tak aż dotrę do epilogu... Że pożegnam się z Gwendolyn, Leslie, Gideonem i Xemeriusem. Jednak nie sądziłam, że ten dzień nastąpi tak szybko - o wiele za szybko.

Gwen jest w rozsypce - dowiedziała się, że Gideon wcale jej nie kochał, a tylko udawał, żeby łatwiej nią manipulować. Po tym wyznaniu młoda Shepherd najchętniej zagrzebałaby się w łóżku z dużym pudełkiem dobrych czekoladek pod pachą i nie wychodziła stamtąd przez tydzień, jednak bycie podróżniczką w czasie zobowiązuje - Gwendolyn musi poddawać się codziennym elapsjom (i to w towarzystwie Gideona, przy którym jej serce robi fikołki i bije jak szalone), żeby w końcu zamknąć Krąg Dwunastu, dzięki czemu ludzkość otrzymałaby lek na wszystkie choroby. Jednak Gwen, po kilku spotkaniach z dziadkiem w przeszłości i zdobyciu chronografu odkrywa, że prawda wygląda zupełnie inaczej, a ta cudowna substancja ma zapewnić nieśmiertelność hrabiemu de Saint Germain, który chce zabić Gwendolyn, co z pewnych powodów nie jest tak łatwe, jak mogłoby się wydawać... A w dodatku wszystko wskazuje na to, że wśród Strażników jest zdrajca. Podsumowując, na Gwen spada jeszcze więcej problemów niż kiedykolwiek wcześniej - musi nie dopuścić do zamknięcia Kręgu, zdemaskować wroga, poradzić sobie ze złamanym sercem... A w dodatku na jaw wychodzą tajemnice rodzinne, które spadają na nią jak grom z jasnego nieba. Ale na szczęście najlepsza przyjaciółka zawsze służy ramieniem do wypłakania się, a pewien kot-demon nadal podtrzymuje na duchu swymi zabawnymi komentarzami.

Może zacznę od tego, że o ile w Błękicie szafiru główni bohaterowie okropnie mnie irytowali, o tyle w Zieleni... wydawali mi się rozbrajający, i to w pozytywnym sensie. Gwen zmądrzała (tylko od czasu do czasu zamieniała się w pokojową fontannę) i na szczęście zachowała też to swoje specyficzne poczucie humoru, które każdego rozłoży na łopatki. Z kolei Gideon nie był już taki humorzasty i nie zachowywał się jak rozpieszczony chłopczyk - był prawdziwym mężczyzną, zdecydowanym, rozsądnym, ale też niebojącym się ryzyka. A Charlotta? No cóż, nie zmieniła się zanadto - to ciągle ta sama zazdrośnica mająca obsesje na punkcie bycia w centrum uwagi, ale muszę przyznać, że zaczęłam ją lubić - chociaż pewnie tylko i wyłącznie dlatego, że to już koniec Trylogii Czasu, więc na wszystko, co mnie irytowało, przymykałam oko.

Spotkało mnie też niemałe zaskoczenie - kompletnie nie spodziewałam się, że w III tomie powieści Gier pierwsze skrzypce (no, tutaj troszkę przesadzam) będzie grał wątek kryminalny - tak, nie przesłyszeliście się - w tej części czytelnik musi wysilić swe szare komórki (co mnie się niezbyt udało, bo w końcu nie rozwiązałam zagadki, ale to pewnie przez te ferie), aby zdemaskować zdrajcę. Ogólnie mówiąc, akcja jest wartka i nieprzewidywalna, nie ma czasu na nudę i trzeba myśleć, żeby poskładać wszystkie fakty w spójną całość - a to lubię najbardziej.

Za plus uznaję również fakt, iż Gier nie skupia się tylko i wyłącznie na wątku miłosnym - owszem, odgrywa on dość dużą rolę, ale nie jest tak, że przez całą powieść Gwen rozczula się nad swym losem porzuconej dziewczyny - na elapsje, hrabiego, a nawet pewną niezbyt udaną imprezę też znajdzie się miejsce. Kłaniam się w pas autorce również za kwieciste opisy i ten lekki język, dzięki któremu Zieleń... czyta się naprawdę szybko - nie każdy potrafi tak pisać, wielkie brawa!

Jednak powieść ma jeden mały minus - Zieleń szmaragdu po prostu skończyła się za szybko, po przeczytaniu natychmiast chciałam dostać w swoje łapki tom czwarty i piąty, a nawet i szóstym bym nie pogardziła - oczywiście, gdyby wszystkie utrzymały ten sam świetny poziom, co mogłoby się okazać trudnym zadaniem. Jednak jeśli coś miałoby się popsuć, to lepiej skończyć już teraz i odczuwać pewien niedosyt, a nie niesmak i przesyt.

Gdybym miała dokonać jakiegoś rankingu całej serii, to właśnie Zieleń szmaragdu uznałabym za część najbardziej udaną. Najgorzej czytało mi się z kolei Błękit szafiru. Cóż jeszcze mogę powiedzieć gwoli podsumowania? Że będę tęsknić - za Gwen i Gideonem, panem Georgem, Xemeriusem i jeszcze za tymi pięknymi okładkami, które od zawsze cieszyły moje oko. Na otarcie łez pozostaje mi już tylko Z deszczu pod rynnę.

Ocena: 9/10

Książka bierze udział w wyzwaniach: Czytam fantastykęRekord 2014Book LoversCzytam opasłe tomiska.

wtorek, 4 lutego 2014

30 Day Book Challenge - dzień szósty i siódmy

Pamiętacie moją ostatnią notkę z 30 Day Book Challenge? Dwa dni zawarte w jednym poście to miał być wyjątek, ale, koniec końców, stwierdziłam, że ta koncepcja tymczasowa zdała egzamin i świetnie sprawdzi się na stałe :) W związku z tym dzisiaj skupię się na dniu szóstym i siódmym.




Dzień 6: Książka, która sprawia, że jesteś smutna

W tym przypadku od razu zdecydowałam się Oskara i panią Różę Erica-Emmanuela Schmitta - książeczkę bardzo niepozorną, na którą pewnie w ogóle nie zwróciłabym uwagi w księgarni, bo ani nie jest to fantastyka, ani nie znajduje się zapewne na dziale młodzieżowym. Jednak lekturę szkolną trzeba było przeczytać... Głównym bohaterem utworu jest mały Oskar umierający na białaczkę. Nie ma on wsparcia w rodzicach, ale zaprzyjaźnia się z tytułową panią Różą, starszą wolontariuszką. Oboje zdają sobie sprawę, że dni chłopca są już policzone, więc kobieta namawia go na pewną zabawę polegającą na tym, żeby traktował każdy dzień swojego życia jak 10 lat. Tym sposobem dziesięciolatek ma sposobność doświadczyć wszystkich blasków i cieni życia - przeżywa pierwsze zauroczenie, burzę hormonów, kryzys wieku średniego, a nawet... bierze ślub (oczywiście w przenośni). Jednak to nie wszystko - Oskar zaczyna też pisać listy do Pana Boga, w których dzieli się swoimi spostrzeżeniami i wątpliwościami dotyczącymi życia.
Utwór Schmitta można z całą pewnością uznać za wybitny, a sam pisarz dowodzi, że nie trzeba stosować nie wiadomo jakiego słownictwa i zapisywać wielu stron, żeby książka niosła ze sobą jakieś głębsze przesłanie. Listy Oskara uświadomiły mi kilka rzeczy: że życie to pożyczka, że prędzej czy później się skończy, że często jest niedoceniane, a przede wszystkim niesprawiedliwe - bo jak inaczej wytłumaczyć to, że Bogu ducha winien dziesięciolatek jest bliski śmierci, a najwięksi złoczyńcy mają się dobrze i nie zamierzają opuszczać tego świata...? Mówiąc krótko: Schmitt daje nam prawdziwą lekcję o życiu w dość minimalistycznym i na pierwszy rzut oka niepozornym wydaniu - lektura obowiązkowa!



Dzień 7: Książka, która sprawia, że się śmiejesz


Myślę, że wiele osób podzieli moje zdanie - jedyną książką, przy której mogę wręcz płakać ze śmiechu to Nowe przygody Mikołajka René Goscinnego z ilustracjami autorstwa Jean-Jacques'a Sempégo. Chyba każdy o niegrzecznym Mikołajku czytał albo chociaż o nim słyszał. Naprawdę, on i jego paczka biją na głowę wszystkie inne dzieci w literaturze - no, może oprócz tych z Bullerbyn :) Książka to po prostu kilkanaście krótkich historyjek o codziennym życiu, których narratorem jest Mikołajek.  Myślę, że każdy czytelnik może bez trudu utożsamić się z którymś z małych bohaterów - pupilkiem wychowawczyni Ananiaszem, wiecznie głodnym Alcestem czy też mięśniakiem Euzebiuszem. Tutaj też mamy do czynienia z niezbyt skomplikowanym językiem, który w połączeniu z genialnymi ilustracjami i charakterystycznymi bohaterami sprawia, że te 600 stron czyta się jak 50.

Myślę, że sam fakt, że ten tom Przygód Mikołajka przeczytałam w jeden wieczór i uśmiałam się przy tym do łez to najlepsza rekomendacja dla wszystkich, którzy jeszcze rozważają kupno i przeczytanie książki Sempégo i Goscinnego - naprawdę warto, świetnie odstresuje, a przy okazji wywoła na Twojej twarzy uśmiech, którym będziesz mógł/mogła zarażać innych.

A jakie książki wyróżnilibyście Wy w dniach szóstym i siódmym?